niedziela, 30 marca 2014

Cheltenham

Trochę wczoraj porzadziliśmy :) No i dziś ciężko się wstawało. Ale jakoś daliśmy rade. Zjedliśmy śniadanie, obejrzeliśmy Formułę i ruszyliśmy na miasto. Cheltenham jest małym przyjemnym miastem. Nawet ładne. Ale widać że życie toczy się tu spokojnie i bez spiny. Nic dziwnego skoro traktowane jest troche jak miasteczko wypoczynkowe.
Fajnie było się spotkać z Damianem i pogadać. Już nawet ustaliliśmy datę kolejnego spotkania! Na początku maja :) Będzie wtedy Aga w UK. Już nie moge się doczekać!

Bristol


Wysiadłem w Bristolu, zrobiłem kilka kroków i musiałem szczękę zbierać z ziemi! Co za piękne miasto! Jaka świetna architektura! Jekie ciekawe style! Jak czysto! Jak to się mówi - to była miłość od pierwszego wrażenia :)
Szukałem kawiarni idąc w stronę portu. Szedłem losowo wybranymi uliczkami i na chybił trafił wszedłem do budynku na fajnym deptaku. Parter jakoś nie zachwycił. Normalna knajpka. Ale że na dole mało było miejsca poszedłem na piętro. Potrzebowałem też prąd. A na piętrze - fantastyczny wystrój! Klimat bardzo przypadł mi do gustu! :) No i kawa. Przepryszna! Cafe Revival to świetna kawiarnia. Chyba najstarsza w Bristolu. Mieści się przy 56 Corn Street. Polecam ją bez dwóch zdań :)
No więc skoro paliwo zatankowane ruszyłem dalej w miasto, które
zachwycało mnie coraz bardziej! Port wyglądał bardzo ładnie choć stosunkowo mało było jachtów. Następnie szedłem wzdłuż nabrzeża aż do doków, w których stał ss Great Britain. Pierwszy transatlantyk który regularnie kursował między Liverpoolem a Nowym Yorkiem i miał o wiele więcej szczęścia niż Titanic. Zawinął też do Sydney i opłynął Horn. W ogóle ma bardzo ciekawą historie. Wahałem się czy kupować bilet bo kosztował prawie £14 a u mnie z kasą krucho. Ale pomyślałem sobie - kurde Sebek, raz sie żyje! :) No i nie żałuje bo bardzo fajnie było. Z pokładu zadzwoniłem do Igi z pozdrowieniami z Bristolu :) Fajnie było ją usłyszeć :)
Pogoda była wymarzona! Słoneczko, prawie bezchmurne niebo, cieplutko, ze 20 stopni było jak nic! No lepiej trafić nie mogłem :) Byłem przeszczęśliwy :) Ruszyłem w dół rzeki Avon  zastanawiając się jak bardzo Bristol przyplmina mi Kopenhage. Właśnie przez architukture i kolorowe domy. To naprawdę pięknie wygląda. Dotarłem do jednego z symboli miasta. Clifton Suspention Brigde to ustytułowany nad kanionionem wiszący most o potężnych pylonach. Wygląda bardzo okazale. Wokół niego są punkty widokowe skąd bardzo dobrze go widać. Dzielnica Clifton użekła mnie swoim secesyjnym stylem. Bardzo go lubię. Ruszyłem uliczkami w dół, w stronę centrum miasta ale odpaliłem aplikacje Banksy Tour, która nawigowała mnie do jego prac usytułowanych w różnych częściach miasta. Banksy to jeden z najbardziej znanych grafficiarzy. Miałem dużo frajdy szukając jegk dzieł. Wybrałem tylko te najbliżej centrum bo musiałem zdążyć na pociąg do Cheltenham. Tam wieczore. Odbywał się Banff Mountain Film Festival. Genialna impreza na której były pokazywane filmy o ludziach z wielką pasją :) Uwielbiam oglądać takie filmy. No i było też m.in. o wspinaczce :) Impreza godna polecenia.
W Cheltenham mieszka też mój kolega Damian Suligowski. I tak się ułożyło, że połączyłem przyjemne z pożytecznym czyli byłem na fastiwalu i go odwiedziłem. Jutro zwiedzamy jego miasto :)
Uwielbiam podróżować, zwiedzać, poznawać nowe miejsca i ludzi. A Bristol jest wyjątkowe. Od dziś to mój numer jeden w Wielkiej Brytanii :) Ma niesamowity klimat, piękną architekture, przyjaznych ludzi, żeglarską historie i podobno dobre jedzenie :) Jestem szczęśliwy że robie to co kocham czyli podróżuje. To chce w życiu robić :) Bo to coś fantastycznego! :)

piątek, 28 marca 2014

Weekend u Damiana :)



Po 13 dniach pracy z rzędu pora na odpoczynek :) W końcu wolny weekend :) Trzeba go więc dobrze wykorzystać :)
Jakiś czas temu dostałem ulotkę reklamującą Banff Mountain Film Festival. Wujek Google szybko znalazł mi że jest to coś ala Festival Filmów Górskich. Z racji tego, że jesienią odpuściłem Reel Rock 8 postanowiłem, że tym razem się wybiore. Przeglądałem list miejscowości, w których grają te filmy. Nie było rzecz jasna Boltonu (kto by w takiej dziurze coś puszczał) ale Manchersteru też. No więc szukałem innych fajnych miejscowości. W grę wchodziły tylko weekendy niestety. Sprawdzam po kolei aż zatrzymałem się na... Cheltenham! I wszystko było jasne! Jade odwiedzić przy okazji Damiana! :) Razem pracowaliśmy w Storze, razem graliśmy w piłe a że kontakt mamy dobry czemu by go nie odwiedzić i nie zobaczyć nowego miejsca! :) No ale, że nie bardzo jest jak dojechać do niego w miare tanio dlatego zdecydowałem się na Megabus z Manchesteru do Bristolu :) Czemu by nie zwiedzić i tego miasta jeszcze, które jest w miarę blisko! :)
Zapowiada się świetny weekend zwłaszcza że pogoda ma dopisać i ma być słonecznie i cieplutko - 17ºC!! :)
Zarzucam plecak na plecy i w drogę! :)

wtorek, 18 marca 2014

Rejs


Niedziela - 16 marca
Powinienem zacząć tak - :D Bo ten weekend właśnie taki jest :) Po kiepskim piątku przyszła sobota i... rano przed pracą dostałem wiadomość od kuzynki z Chicago - konkretnie Magdy - że przylatuje z siostrą i koleżanką do Londynu 16 maja :) Ależ się ucieszyłem z tej wiadomości! :) Bo to oznacza, że się zobaczymy :) Po tylu latach! :) Ale czad! :) Już sie nie moge doczekać! :)
A niedziela była jeszcze lepsza!! :) Dostałem telefon od Igi :) Dowiedziałem się, że... 

PŁYNIE NA REJS DOOKOŁA ŚWIATA!!! :D 

Jest przyjęta do załogi! :) Ależ skakałem w tym autobusie! ;) Takie wiadomości mogę dostawać zawsze! :) Bardzo miło było usłyszeć jej radość w głosie :) Teraz trzeba zebrać "symboliczne" wpisowe. Ale już nad tym pracuje ;)
Dzięń w ogóle totalnie zakręcony. Pomyliłem godziny spotkania ze Stuartem. Spóźniłem się godzine!! Masakra! Wtopa na całego! Ale.dla niego to nic się nie stało :) Luźne podejście do życia ma :) Obawiałem sie tego spotkania a właściwie rozmawiania z nim. Nie jest jakoś super z moim angielskim ale poszło mi całkiem nieźle :) Wspinanie również! A byliśmy w Rope Race Climbing Centre niedaleko Hazel Grove :) Bardzo fajna ścianka i świetne struktury :) Mam nadzieję, że ten wypad zaowocuje następnymi :)

Pogrzeb

piątek - 14 marca
Niby rozumiem wszystko. Normalnie do tematu śmierci. Traktuje to jak coś normalnego - jak wstawanie codziennie rano - ale od dwóch dni nie moge sobie miejsca znaleźć... I wszystko jest do dupy...
Dziś był pogrzeb dziadzia. Przyjechało dużo współbraci stryja - taki mają zwyczaj. Stypa była na plebanii. A ja byłem w pracy. Jak tylko przylece do kraju to pojade prosto na cmentarz...
Wieczór był jeszcze gorszy chyba... Zadzwoniłem do Igi.  Chyba po prostu chciałem się komuś wygadać. Biedna nie bardzo wiedziała co mi powiedzieć. Sam bym nie wiedział... Ale doradziła modlitwe. I to było najlepsze rozwiązanie. Dziękuje! :*
Dziś byłem na drodze krzyżowej - też modląc się za dziadzia.
Niby wszystko rozumiem... ale póki co ciężko jest wyobrazić sobie pusty pokój...

[*]

Środa - 12 marca
Człowiek jeszcze dobrze nie ochłonął po wspaniałym urlopie w górach a tu przychodzi smutna wiadomość z Tarnowa. Mój dziadziu nie żyje. Zmarł dziś rano, a właściwie we śnie. Miał 90 lat bez jednego tygodnia. Za tydzień miałby urodziny.  Ech... no takie życie. Każdego nas to czeka. A 90 lat to piękny wiek.
Jedyne co mi żal, że nie zadzwoniłem do dziadzia przed środą. Mialem taki plan ale no nie wyszło - były "ważniejsze" rzeczy do zrobienia...
Nie mam też jak przylecieć na pogrzeb :( Jest on w piątek bo stryjek Leszek poprosił bo ma rekolekcje w weekend. Nic kurde nie lata w piątki do Krakowa czy Rzeszowa. A jak coś gdzieś leci to w takich porach, że nie zdąże na pogrzeb. No i niestety nie będę na pogrzebie. A bardzo chciałem być. No ale co zrobić. Tak widocznie miało być...
Zostanie w mej pamięci jako wspaniały człowiek. Będę pamiętał wspólne sobotnie kawy, rozmowy przez telefon czy przejażdżki rowerowe z dzieciństwa. Mam nadzieję, że i ja kiedyś będę tak wspaniałym dziadkiem.
Dziadziu - dziękuje Ci za wszystko.

poniedziałek, 17 marca 2014

Wszystko co dobre szybko się kończy

niedziela - 9 marca
No i zaspaliśmy! A mieliśmy wstać na poranną msze. Na szczęscie nie obudziliśmy się o 11! No ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Znalazłem na necie że jest msza w kościele w Białce. Szczęśliwie złapali na busa, który przywiózł nas do Białki pare minut przed mszą a zatrzymał się pod samym kościołem. Po mszy jednak okazało się, że... nie ma Twojej czapki :( Miałem ją w rękach i... chyba zostawiłem w busie :( Dałem ciała! :( Strasznie mi głupio z tego powodu. Przepraszam Cię Iga. Tak się po prostu nie robi. Dlatego odkupię Ci czapkę. To moja wina, że ona zginęła i to ja mam wyrzuty sumienia z tego powodu. Na szczęście miałaś jeszcze drugą buffkę i mogłaś jeździć na nartach. Choć pewnie ona tak super przed wiatrem nie chroniła Twoje uszka.
Na stoku spotkaliśmy Rafała Saka. Fajnie było spotkać kogoś znajomego. Choć... wydaje mi się, że... on chyba za mną nie przepada.
Dziś bardzo ładnie jeździłaś, ładnie technicznie. Najładniej ze wszystkich dni. W sumie to nie ma się czemu dziwić! Masz wrodzony talent! :) Cieszę się też, że posmakowały Ci kołacze, które wcinaliśmy w przerwie na herbatę :) 
W Białce spotkaliśmy się też z moimi rodzicami. Na początku było małe zamieszanie bo tata przyjechał na Jankulakowski Wierch a nie na Kotelnicę, gdzie pierwotnie się umówiliśmy ale ostatecznie wszystko się szczęśliwie skończyło. Rodzice zawieźli nas do Zakopanego, gdzie zostało nam tylko spakowanie plecaków i powrót do domku. Były małe problemy z Twoim autobusem bo wszystkie bilety wykupili. Dlatego zdecydowaliśmy się na bla bla car. To dość ryzykowne i bałem się o Ciebie ale... Pan Waldemar okazał się przesympatyczny i jest żeglarzem i paralotniarzem. Widocznie tak miało być, że nie było już biletów na autobus i dzięki temu poznałaś tak fantastyczną osobę. A może jeszcze kiedyś pomoże Ci ta osoba, kto wie?
Zaraz po Twoim wyjeździe oddałem sprzęt i zrobiłem małe zakupy. Kupiłem sobie też książke pt. Lawiny. Chciałbym w tym kierunku się szkolić. Może w przyszłości mi się przyda. A na pewno przyda mi się to w górach :) Na koniec poszedłem z rodzicami na kawe i ciasto. Potem ruszyliśmy na Katowice na lotnisko. 
To był bardzo udany urlop. Jeden z najlepszych na jakich byłem o ile nie najlepszy. Będę bardzo miło wspominał ten czas. Bardzo się cieszę, że mogliśmy spędzić trochę czasu razem i że mogliśmy się trochę lepiej poznać. Mam nadzieję, że dobrze to wpłynie na naszą przyjaźń :) Dziękuję Ci Iga za wszystko. Dzięki Tobie spełniło się moje kolejne małe marzenie :)

piątek, 14 marca 2014

Wyżej się już nie da ;)

sobota - 8 marca
Nie za bardzo było jak dostać się na Polane Białczańską, więc pojechaliśmy tam... taksówką! :) A co tam, jak się bawić to się bawić! ;) Pan kierowca był bardzo miły bo powiedział że zawiezie nas za 7 dyszek a nie tak jak jakaś sknera wczoraj, która zawołała stówe. Pogoda była genialna! :) Słońce nie dawno wstało, podobnie jak my :) A że niebo było bezchmurne, w końcu zobaczyliśmy góry! Widoczność była idealna! :)
Droga do schroniska była przysypana śniegiem, który fajnie skrzypiał pod butami :) Na początku drogi chyba byłaś trochę spięta ale po dotarciu do schroniska atmosfera się rozluźniła. Założyliśmy raki i ruszyliśmy przez zamarznięte Morskie Oko. Nie inaczej było z Czarnym Stawem. Dopiero gdy go minęliśmy zaczęła się prawdziwa wspinaczka. W między czasie wszystko za sprawą promieni słonecznych zaczęło parować i tworzyły się chmury, które chwilami przynosiły głupie myśli, że na szczycie znów będzie chmura. Ale ja wierzyłem do końca, że tak nie będzie. Szedłem z przodu  przecierając nieco szlak. Tempo mieliśmy bardzo dobre co budziło we mnie jeszcze większy podziw :) Świetnie sobie radziłaś w zimowych warunkach. Jesteś zuch dziewczyna! :) Mimo wszystko chciałem mieć Cię cały czas na oku. Postój na herbatkę zrobiliśmy na wysokości ok. 2100m n.p.m. w niedużej odległości od "wejścia" do rysy. Warunki śnieżne były bardzo dobre. Śnieg był zmrożony, dobrze związany i się trzymał mimo 2 stopnia. W rysie zaczęła się już prawdziwa wspinaczka. Ścieżka wydeptana przez pierwszych wspinaczy była już mocno zniszczona i musiałem ją torować niemsalże od nowa. To sprawiło, że moje stopy, a właściwie prawa, strasznie zmarzły. Kiedy ból przerodził się w brak czucia musieliśmy się zatrzymać a ja zabrałem się za rozgrzewanie stopy. Pierwszy raz mi się coś takiego stało. Ale fakt, buty są stare, skarpetki też nie są jakieś super, i stało jak się stało. Ale o odwrocie nie było mowy! Życke uratowała mi też dodatkowa skarpetka od Igi :) Dziękuję Ci bardzo Iguś! Gdy już o Tobie mowa to muszę Cię pochwalić bo świetnie sobie radziłaś z czekanem :) Jednak najtrudniejszy odcinek był dopiero przed nami. To odcinek z łańcuchami. To tam jest najwięcej wypadków i to tam najłatwiej o błąd i to ten odcinek najbardziej się martwiłem. Ale poprosiłem Cię o maksimum koncentracji i grzecznie posłuchałaś :) Po 4h wspinaczki, o 13:30, stanęliśmy na szczycie Rysów! Najwyższym punkcie Polski. Wyżej się już nie da. Iguś - wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! :) Nasz plan zakładał, że cieszymy się dopiero w schronisku, gdy bezpiecznie wrócimy.
Widoki zapierały dech w piersi! W końcu zobaczyłem piękną panoramę Tatr a nie białą chmure. To było niesamowite wrażenie. A jeszcze bardziej się cieszyłem, że dałaś radę. Zdobycie szczytu uczciliśmy kubeczkiem grzańca i kilkoma fotkami :) Schodzenie zaczęliśmy około 14:00. Żal było opuszczać tak piękny szczyt ale trzeba wrócić bezpiecznie do domu.
Pierwsze kroki podczas zejścia były stresujące ale szybko opanowałas technikę schodzenia. Każdy następny krok był pewniejszy. Nie było żadnego zjazdu na tyłku co nie umknęło mojej uwadze :) Po dwóch i pół godzinie zameldowaliśmy się w schronisku. Zrobiliśmy sobie przerwę na herbatkę, grzańca i szarlotkę :) Nie za bardzo mogliśmy się rozsiadywać bo przed nami było jeszcze 9 km najnudniejszego odcinka do parkingu i trzeba było złapać busa do Zakopca. Jednego z nich, a właściwie jego tył, widzieliśmy będąc już na "ostatniej prostej". Jak się chwile potem okazało był to ostatni bus. Trzeba było coś szybko wykombinować. Gdy w głowie analizowały się poszczególne wyjścia z tej sytuacji ni z tego ni z owego pojechała taksówka, która przywiozła dwóch turystów. Normalnie koleś spadł nam z nieba! :) I tym sposobem szybko dostaliśmy się do Zakopca. Lecz to nie był koniec naszych przygód. Okazało się że zgubiłem klucz od łazinki :( Nie potrzebnie narobiłem rabanu przy tym ale byłem zły na siebie że zmęczona będziesz musiała czekać na prysznic. Chyba zostało coś jeszcze we mnie z poprzedniego związku. Wtedy miałbym już awanture. Po prostu było mi bardzo głupio, że dałem plamę. Na szczęście niedługo potem gaździna przyniosła zapasowy klucz i końcu był upragniony prysznic. Nie obudził ani nie dodał on nam sił za bardzo więc nie wybraliśmy się na obiecaną kolacje a miał to być baran a konkretnie szaszłyk barani. No trudno - może następnym razem. Kupiliśmy sobie za to jakieś przekąski w pobliskim Tesco i to była nasza kolacja.
Cudowne uczucie było gdy widziałem Twoją radość po tym dniu. Nie mogłem mieć lepszego podziękowania. Prócz tego byłem bardzo dumny z tego jak świetnie sobie poradziłaś. A przecież pierwszy raz używałaś raków i czekana. Jesteś po prostu niesamowita! :) Cieszę się, że razem zdobyliśmy twój pierwszy zimowy szczyt :)

czwartek, 13 marca 2014

Białe szaleństwo!

piątek - 7 marca
Komuś chyba zrobiłem smaka na dwie deski :) Bo już z samego rana, zaraz po śniadaniu, ruszyliśmy na stok! :) A konkretnie do Białki Tatrzańskiej na Kotelnice :) Pogoda była dobra, ok. +1, więc śnieg nie był najgorszy. I chyba, trochę zbyt optymistycznie wybrałem pierwszą trasę bo zjechaliśmy z samej góry! Trochę za dużo jak na początek, przepraszam. Ale gdy już się rozgrzaliśmy na krótszych stokach zjeżdżaliśmy też z samego szczytu :) Każdy zjazd Igi był coraz lepszy! Coraz lepiej kładała się na nartach, coraz lepiej skręcała i jazda była pewniejsza. Nie mogę wyjść z podziwu! Po prostu urodzona narciarka! :)
Na przerwie ustataliliśmy, że rezygnujemy z term na rzecz zdobycia sprzętu górskiego, co oznaczało powrót do Zakopanego przed 19. Szkoda mi było tego basenu. Bardzo chciałem się wygrzać w cieplutkiej, termalnej wodzie i wymasować na biczach wodnych. No ale co zrobić - potrzebujemy sprzętu.
Na kolacje wybraliśmy restauracje Pstrąg, gdzie zdecydowaliśmy się na naleśniki. Były pyszne! :) Wracając do domu zrobiliśmy sobie zakupy na następne dni. Nie zabrakło wśród nich butelki Grzańca Galicyjskiego, którego otworzyliśmy tego samego wieczoru :)
Bardzo fajnie mi się z Tobą rozmawia. Uwielbiam z Tobą Iguś rozmawiać. I to że potrafimy rozmawiać na wszystkie tematy. To jest niesamowite! :) Bardzo mnie to cieszy. A ta rozmowa była chyba wyjątkowa, bo bez tremy rozmawialiśmy o tym co kiedyś było i co siedzi w nas. O naszych zaletach i wadach. Będę długo pamiętał ten wieczór przy grzańcu.

Urlop w górach


czwartek - 6 marca.
Doczekałem się. Jestem już na lotnisku w Manchesterze. No ale jakoś nie dociera do mnie że lecę w ukochane góry. Wszystko dzieje się bardzo szybko! Ale za to się dłuży - jak na złość. Coś tam drzymie ale niewiele. Na lotnisku czekają już rodzice. Udało się im dotrzeć choć mieli przygody na autostradzie. Tata złapał kapcia! Pyszna kawcia, coś słodkiego trochę rozmów i cóż pora ruszać w drogę. Na dworcu Balice okazuje się że pociąg nie jeździ od... 6 dni! A to pech. No cóż, biore takse - za 5 dyszek! Cenią się skubańce chyba bardziej jak w stolicy a droga podobna. No ale jak się bawić to się bawić :P
Na dworcu czekała już na mnie Iga :) Bardzo miło było ją zobaczyć bo stęskniłem się za nią. Udało nam się złapać PolskigoBusa i ruzyliśmy do stolicy polskich gór. Podróż minęła szybko, na rozmowach i na śpiochaniu.
Zaraz po zakwaterowaniu zaproponowałem rozmowe. Chciałem żeby wszystko było jasne. A nasze relacje były wyjaśnione. Przyjechaliśmy tu jako przyjaciele i chciałbym żeby tak zostało. Wiem, że nie do końca mi uwierzyłaś Iguś ale przekonasz się, że mówię prawdę.
Po rozmowie przyszła pora na pierwszą lekcję "narciarską". Na poczatek była teoria, zakładnie butów i zapinanie nart na "sucho". Poszło bardzo dobrze więc ruszyliśmy na stok. Wybrałem Nosal i ośle łączki pod nim. Jestem pod wrażeniem jak świetnie sobie poradziłaś! :) Na początku było troche stresu, jak zawsze gdy coś się robi pierwszy raz, ale z każdym zjazdem było lepiej :) Aż w końcu był zjazd z Nosala! No może z jednej czwartej Nosala ;) No i tam była pierwsza gleba. Ale ile było śmiechu przy tym! To też część nauki. Bardzo jestem szczęśliwy że tak szybko załapałaś pierwsze kroki. Nie sądziłem, że tak dobrze Ci pójdzie :) Bardzo miło mnie zaskoczyłaś :)
Po ogarnięciu się pod prysznicem miałem dla Ciebie małą niespodziankę :) Z okazji dnia kobiet albo po prostu z okazji tego wyjazdu kupiłem Ci Buffke. Nie wiedziałem że masz już jedną. Ale cieszę się, że spodobała Ci się :) Bardzo ładnie w niej wyglądasz :)
Narty sprawiły że nieźle zgłodnieliśmy. Kolacja w Sfinksie była super! Szkoda tylko że lokal tak szybko zamykali ;)

wtorek, 11 marca 2014

Telefonicznie


Wtorek - 4 marca
Tak, wiem, pisze z opóźnieniem. Alr normalnie doba jest dla mnie za krótka :( Tyle rzeczy człowiek chciałby zrobić a tu nie ma na to czasu. I pojawiają się poślizgi czasowe. Na szczęście nie było żadnych opóźnień na linii Bolton - Łódź. Nie było dziś wspinaczek ani zakupów, więc mogliśmy sobie z Igą na spokojnie porozmawiać. Kto by pomyślał że kiedyś tak często będę robił telefony międzynarodowe? :) I wcale nie są one drogie! 5 pensów za minutę na komórkę i 1 pens na stacjonarny! Taniocha!!! Czemu w Polsce tak nie ma? :(
Na spokojnie omówiliśmy wszystkie sprawy związane z wyjazdem. Tata Igi też chciał ze mną chciał ze mną rozmawiać. Bardzo się cieszę że mogliśmy porozmawiać. Powiedział jakie ma oczekiwania i wyraził nadzieję że bedzie bezpiecznie. Bardzo lubię rozmawiać z takimi konkretnymi osobami :)
Już się nie mogę doczekać tego wyjazdu. Czuje że będzie super :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Poniedziałek... ale jaki! :)

Poniedziałek - 3 marca.
Niby to najgorszy dzień tygodnia. Bo początek ciągu pracujących dni. Ale mi poniedziałki zawsze szybko lecą. Polubilem je też pewnie dlatego że w każdy poniedziałkowy wieczór jest climbing club w Bolton One. Poza tym ja jeszcze żyje weekendowym przyjazdem Paździocha. To był bardzo miły czas! :) I mimo że dziś znów do pracy to i tak mam humor bardzo dobry. A to dlatego że ten tydzień ma tylko trzy dni robocze !!! Trzy dni i zaczynam urlop :) Krótki, bo tylko cztery dni ale urlop :) Niestety w pracy mi humor troche popsuli bo przerzucali mnie z działu na dział aż w końcu wylądowałem na krzesłach. Zazwyczaj jest tam spoko ale ostatnio coś nie mogę się tam odnaleźć i robota mi tam nie idzie.
Na dodatek wieczorem dostałem informacje od Adama, że zmarł tata Uli :( Musieli przez to przerwać pobyt w górach. Ech... tak wygląda.właśnie życie. Przykre to i smutno mi się zrobiło, bo w końcu to moi przyjaciele.
Idąc na wspinaczkę zawdzwoniłem do Igi :) Jak ją słysze to zaraz mi się humor poprawia. A tym razem poprawił mi go niesamowicie a to dlatego że... powiedziała że jedzie ze mną do Zakopanego!!! :D Ależ się ucieszyłem! :) Bardzo się cieszę, że spędzimy razem czas :)
P.S. Ależ był power na ścianie! Ciekawe czemu? ;)

niedziela, 2 marca 2014

Paździoch w UK!

Ten weekend zapowiadał się świetnie i naprawdę taki był! :) A wszystko dlatego że odwiedził mnie Paździoch! :) Przyleciał do mnie na weekend. Już w piątke rano nie mogłem "usiedzieć" w pracy spokojnie ;) Wyladował w Manchesterze późnym wieczorem. Do centrum przejechalismy się piętrowym autobusem, których nie ma w Kopenhadze. Trochę pospacerowaliśmy nocą po miescie o i tak czekaliśmy na autobus do Bolton.
Następnego dnia (w sobote) ruszyliśmy na Manchester. Pokazałem mu najciekawsze miejsca m.in. kanały (moim skromnym zdaniem najpiękniejsze miejsce w mieście. Później byliśmy na kawie w Hiltonie :) To bardzo fajne miejsce i piękną panoramą przedmieść miasta. Wszystko z sprawą lokalizacji na 23 piętrze :) Jest tam drożej i czuje się środowisko Bon Tone ale widać było, że mu się tam podobało :) Później poszliśmy przez centrum miasta. Tam zahaczyliśmy i Primark, do którego weszliśmy po jedną parę spodni. Niestety na jednej parze spodni się nie skończyło. Było ich aż... 6! :D Oprócz tego kilka innych rzeczy :P W sumie Paździoch wydał prawie 100 funtów. Dokładnie to 92 :) Ale przynajmniej się obkupił. Ja się trzymałem planu i wyszedłem z jedną parą spodni ;) Z siatami pełnymi zakupów ( a przynajmniej co niektórzy takie mieli) ruszyliśmy w stronę przystanku skąd pojechaliśmy do Stockport by powspinać się w Awesome Climbing Wall. W końcu pocisnąłem pewną niebieską drogę, którą nie udało mi się zrobić gdy byłem z moją ekipą wspinaczkową. Ale po tym byłem mocno "zbułowany" :( W ogóle nie mam coś ostatnio siły. Czuje się przemęczony :( Trochę za długo posiedzieliśmy na koniec na baldach bo potem przyszło nam biec na pociąg. Na szczęście zdążyliśmy :) Dzięki temu udało nam się wpaść na pyszną kolacje to "polskiej knajpy" :) Serwują tam bigos palce lizać! :) I jak zwykle był pyszny. Pogadaliśmy na poważne sprawy m.in. na tematy damsko-męskie. Kontynuowaliśmy je również w domu przy piwie aż w końcu usneliśmy padnięci po wrażeniach z całego dnia. Niedziela jak przystało była leniwa. Na spokojnie wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na Bolton by zobaczyć centrum i na ściane by się powspinać. Ale na ścianie kompletnie nie było mocy, więc zrobiliśmy kilka fajnych dróg i poszliśmy na kawę do kawiarni. Do kawy musiał być tradycyjny angielski muffin double chocolette ;) Na koniec angielskiej przygody zaserwowałem obiad z przepisu od Pauliny :) Też smakował łasuchowi ;) No i przeleciał weekend. Odwiozłem go na lotnisko i wróciłem do rzeczywistości. Ale i tak był wspaniały weekend! :) Będzie co wspominać :) Być może znów mnie odwiedzi w maju :)

Tłusty czwartek :)

Co za fajny dzień! :) A wszystko dlatego że dziś święto łasuchów czyli także i moje :)  Dokładnie to nie dziś, bo dziś jest właściwie niedziela a nie czwartek, ale pisze z opóźnieniem bo brakuje mi czasu niestety :(
Tak czy owak dziś cały dzień czekałem na pączkową ucztę :) Zaraz po pracy pojechałem do polskiego sklepu i odebrałem zamówione pączki :) Cóż to była za kolacja! ;) Nie zjadłem oczywiście wszystkich bo miałem ich dzisięć. Część zostawiłem sobie na następny dzień, a co! Jak szaleć to szaleć ;) Fajnie że tu w Anglii są polskie sklepy. Wiem że zawdzięczam to dużej ilości mieszkających tu moich rodaków. Ale dzięki temu mam dostęp do polskiego jedzenia o wiele lepszego od angielskiego! Bo tutejsze jest dramatyczne. Anglicy nie wiedzą co to znaczy dobrze zjeść. Ichnie pączki są okropne.  Więc póki mogę korzystam z tej wygody i jem polskie jedzenie :)
I na koniec dobra wiadomość, którą dostałem tuż przed położeniem się spać. Mój kolega z poprzedniej pracy, Rafał Mauler właśnie został tatą :) Gratulacje! :)