sobota, 25 października 2014

Ciśniemy!

Nigdy więcej nie zjem owocu kaktusa - . Nie ma takiej opcji. Głupi Sebek zamiast zapytać się Oli jak to się je to wgryzł się jak w jabłko. Efektem były powbijane kolce w język, wargi, podniebienie. Zapamiętam na całe życie. 
Sektor ... był pełen fajnych dróg. Pocisneliśmy kilka bardzo fajnych. Ja się nawet wstawiłem w jedną trudniejszą. Ale nie podołałem. Mimo wszystko zabawa była przednia :) Popołudniu dotarliśmy do Port d'Andratx gdzie pospacerowaliśmy po marinie. Następnie wybraliśmy nad fajną zatoczkę gdzie popływaliśmy trochę. Noc zaś spędziliśmy na parkingu. Sa Gubia - majorkowy raj wspinaczkowy :) Dojście, z 40 kilogramami na plecach przez potężne kaskady, gdy człowiek nie zna łatwiejszej ścieżki biegnącej wzdłuż koryta, w hiszpańskim upale, to droga przez męki. Ale w końcu dotarliśmy. Znalazłem fajne miejsce na baze i tam się rozbiliśmy. Ale mając tak wspaniałe wysokie skały po obu naszych stronach zdecydowaliśmy się pójść w górę tego samego dnia :) Liczyliśmy że się uda. Niestety zastała nas noc i musieliśmy się wycofać. Ale i tak zrobiliśmy kawał ściany (ok. 130m) i piękne przejścia (6a). Nazajutrz ruszyliśmy w górę po śniadaniu. Za cel obraliśmy 150m drogę ... Zabawa była przednia. Pogoda świetna, na wysokości aż tak nie grzało. Wspaniale było zrobić taką ścianę (5). Pyśki same się uśmiechały. 
Z racji że mieliśmy jeszcze spory zapas wody zdecydowaliśmy się zostać na jeden dzień dłużej. Postanowiliśmy więc pójść na prosty sektor i porobić tam drogi razem z Olą. Po zabawie na łatwych drogach, mimo już trochę zmęczonych palców, wstawiłem się do trudniejszych dróg. Na jednej zrobiłem tylko jedną wpinkę i odpuścilłem. Drugą zrobiłem choć zaliczyłem na niej swój pierwszy w życiu lot. Na szczęście nie duży i przytarłem tylko lekko bok. Po tych wyczynach zwinęliśmy obóz poszliśmy do samochodu i na pyszną kolacje do restauracji :) 


MAJORKA :D

Jeszcze nie dociera do mnie, że lece na wyspę, o której marzyłem :) Że będę się tam wspinał z moim przyjacielem, że będę spał pod gołym niebem, że będę się cieszył każdym dniem. No może prawie każdym. Bo pierwszy pełny dzień, poniedziałek, był mocno stresujący. A właściwie szukanie samochodu. Ja miałem inny pomysł a Paździoch miał pewne oczekiwania. Do tego doszło pewne nieporozumienie, czy też niedogadanie i wyszło jak wyszło. Duży zgrzyt, nerwy, stresowa sytuacja. Ale w końcu znaleźliśmy auto. I przy naszym bagażu całkiem niezłe i tanie - Peugeot Partner. Teraz pozostało nam ochłonąć i korzystać z wakacji. 
Po nocy koło lotniska, pojechaliśmy pod pierwszą ścianę. Dojście tam było trudne, suchym korytem rzeki. Ale byliśmy tam sami. Znaleźliśmy miejsce na baze i poszliśmy spać. Rano wielkie wspinanie! Ale okazało się że nie takie wielkie bo stękaliy na drodze o wycenie 4+ !!! Albo jesteśmy tak cieńcy albo wycena jesy tak zaniżona! Jakby nie było to i tak pokonała nas nie droga a upał i żar jaki się lał z nieba. Nie szło wytrzymać w butach. Zgarneliśmy więc graty i pojechaliśmy na zachodnie wybrzeże. Piękny zachód słońca był tam. Tam zrobiłem moje pierwsze zdjęcie z szarym filtrem który dostałem w prezencie od Paździocha :) Dzięki wielkie Stary za pamięć i za prezent. Mleczna droga była śliczna. Cykady grały swój koncert a ja czułem że żyje. 

piątek, 24 października 2014

Wyczekane wakacje :)

Normalnie nie mogłem się doczekać! :) Upragniony urlop! Tyle czekałem, tyle odliczałem. Nareszcie jest! :) Bez przygód się nie obyło. Droga na lotnisko - w deszczu, w korkach, objazdami - trzy godziny zamiast 1,5h. Ale zapas wyliczony przeze mnie przewidywał to. 
Przez emocje związane z wakacjami nie mogłem spać w samolocie. A przecież rano trzeba było wstać i pozałatwiać wszystkie ważne sprawy, w tym dentyste. A popołudnie to już wesele. Dwójka fajnych przyjaciół wzięła ślub i zrobiła wspaniałą zabawę. Bardzo fajnie się bawiłem. Pewnie bawiłbym się jeszcze lepiej gdyby nie to że musiałem rano wracać autem do domu ;) Ale było świetnie. A Kaśka, z którą tańcowałem, to sympatyczna dziewczyna ;) Oby każde wesele tak było. 
Wszystkiego najlepszego Kochani na nowej drodze życia :)

czwartek, 14 sierpnia 2014

Głupie serce

Dzieje się coś dziwnego. Coś miłego, coś fajnego a jednocześnie coś niebezpiecznego. Ktoś robi wyjątkowo miłe rzeczy, niespotykane wcześniej. Przez to czuje się wyjątkowo. A głupie zaczyna szaleć. Dostaje głupaki. Ale to wszystko przecież nie musi od razu coś oznaczać... Może jest ot tak, po prostu. Ale serce się nikogo nie słucha. Mam nadzieję że nie skończy się to źle. Staram się podchodzić na chłodno ale z moim temperamentem (czytaj w gorącej wodzie kąpany) nie jest to takie proste. I do tego te myśli... Ech.. Czas pokaże co będzie. Póki co nie mogę doczekać się września. Może po nim zmienie jeszcze bardziej moje plany?

niedziela, 10 sierpnia 2014

Deszczowe odwiedziny

Bardzo fajnie było odwiedzić znów Redditch i Birmingham. Tym bardziej, że tym razem byłem tam z Arturem i mieliśmy ze sobą aparaty. Nie dopisala co prawda pogoda pierwszego dnia ale i tak coś się udało "ustrzelić". Ale najfajniej było spotkać się z Przemkiem i Pauliną :) Lecz zanim to nastąpiło poszliśmy się powspinać na ścianie, na której jeszcze nie byłem - Redpoint Climbing Centre. Poznaliśmy tam fajnego Polaka, który tam pracuje. Ścianka naprawdę niezła. Kilka dróg robi wrażenie. Szkoda tylko że nie można było pożyczyć liny. No trudno. Ale i tak się dobrze bawiliśmy. 
Po wspinaniu pojechaliśmy na grilla do znajomych Artura, którzy mieszkają w Redditch. Nie było tak źle. Przynajmniej pojedliśmy za free ;) Potem wpadliśmy do mojego kumpla z Łodzi. Przemka już dawno nie widziałem a to spoko ziom jest :) Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, wypiliśmy flaszeczke, we dwoje bo Artur bidok padł jak tylko siadł przy stole :P
Flaszeczka szybko pękła ale stan "poflaszeczkowy" niestety szybko nie minął. Dobrze że po whisky nie mam kaca ;) Ale i tak człowiek się jakoś dziewnie czuje. Na szczęście spotkanie z Pauliną bardzo pomogło :) Lubię ją bardzo. To fajna, pogodna i uśmiechnięta dziewczyna. Zaraża wszystkich swą pozytywną energią :) I chyba jest jeszcze piękniejsza przez to zakochanie w Hubercie. Ale to dobrze. Cieszę się, że jest szczęśliwa :)
To był fajny weekend. W końcu wolny a nie pracujący. Oby więcej takich!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Kopenhaga po raz drugi!

Dwa tygodnie po wizycie Paździocha, w ostatni weekend czerwca, to ja tym razem wybrałem się do niego w odwiedziny. Bardzo lubię jego miasto. Kopenhaga jest śliczna! Czuje się tam coś jakby przedsionek Skandynawii. 
Wiedziałem, że będzie to wspaniały weekend. Najpierw połaziliśmy wieczorem po starówce rozmawiając o różnych życiowych sprawach. Szkoda że tak mało budynków ma iluminacje. Bołoby co focić! Kolejny dzień to oczywiście wspinanie na bananie :) I kto by pomyślał, że cudem ujdę z życiem z zamachu na moje życie! Było trochę strachu ale i cała kupa śmiechu :) Eksplodowała magnezja w płynie, którą Paździoch usiłował wycisnąć na moje dłonie. Wszystko wkoło, łącznie z nami, było białe :) Incydent troche wybił z rytmu i nie za wiele zrobiliśmy tego ranka. 
Wieczór to już żużel! I moje pierwsze w życiu GP! :) Było świetnie choć nie było kompletu publiczności na Parken Stadium mimo iż Duńczycy mają mocnych zawodników. Mimo to emocji nie zabrakło. Nawet udzieliły się one Paździochowi :) Wygrał, ku uciesze miejscowych, Duńczyk, Niels Christian Iversen. Po zawodach był fajny pokaz sztucznych ognii :) Już teraz myślę gdzie jechać na następne GP. Marzy mi się Praga i Cardiff. 
Niedziela to znów wspinanie na najlepszej ścianie wspinaczkowej na jakiej do tej pory byłem - Blocs & Walls w Kopenhadze :) Niestety czas szybko minął i trzeba było wracać do domu. 
Weekend zapamiętam na długo! ;) Dzięki Stary!

sobota, 12 lipca 2014

Ciśniemy w Walii! :)

(14 czerwca)
Ten ziomek zawsze poprawia mi humor! :) Paździoch przyjechał do mnie i w końcu pojechałem w skały! :) Pogoda dopisała więc wybraliśmy się do północnej Walii, w okolice Llandudno :) Fajne skały tam są! Bardzo nam się podobało. Nie zrobiliśmy wszystkich dróg ale grunt to dobra zabawa :) Szkoda, że pojechaliśmy tylko na jeden dzień. Ale i tak wypad był super! :) 
Kupę śmiechu było też na zakupach w Primarku :) Paździocha nie wolno tam wpuszczać ;)
Dzięki wielkie za odwiedziny i mile spędzony czas :) 

Nie raz bywa gorzej...

No i człowiek ma nie raz gorsze dni, gdzie nic się nie chce, nic się nie podoba, wszystko jest do dupy i bez sensu... Jakoś tak było w czerwcu, na jego początku... Nie byłem pewien czy w dobrym kierunku idę, czy dobrze robie w taki a nie inny sposób planując swoją przyszłość, czy wspinaczka to właśnie ten sport... No dramat po prostu! 
Nic nie przychodzi łatwo, nic nie jest za darmo, na wszystko trzeba ciężko pracować, nie poddawać się, wytrwale dążyć do przodu. Więc muszę się jakoś ogarnąć!

Artur ma prace! :)

No i się udało! :) Artur ma pracę! Pracuje sobie na szafkach. Nie sądziłem, dołoże do tego swoje trzy grosze ale cieszę się, że pomogłem :) Myślę, że sobie poradzi. Ja w niego wierzę. Może nie jest to robota marzeń ale dobre i to. Przynajmniej na początek. Potem może coś sobie znajdzie.
Z mieszkaniem też się udało. Mieszkamy w jednym domu, w sąsiednich pokojach :) Także bardzo fajnie. Tak chciałem i tak się stało :)

piątek, 30 maja 2014

Artur

Kto by pomyślał, że po nieco ponad roku Artur pójdzie w moje ślady? W życiu nie przypuszczałem, że spotkamy się w Bolton, w sensie, że będziemy mieszkać w jednym mieście! Oczywiście byłem gorącym zwolennikiem jego wyprowadzki za granicę. A tu proszę, Anglia, Bolton. Tak właśnie wygląda życie. Ciekaw jestem jak mu się tu wszystko poukłada? Oczywiście pomogę mu jak tylko będę umiał najlepiej. Niestety pracy nie jestem w stanie mu załatwić. Ale wszystkie inne sprawy pomogę mu pozałatwiać.
Cieszę się, że go mam tak blisko. Że razem będziemy próbować ułożyć nasze życia. Jestem dobrej myśli, i jestem bardzo spokojny. Musi być dobrze i nie ma innej opcji! W życiu często tak jest, że odważne decyzje są nagradzane. Do tego szczypta szczęścia i wszystko się ułoży.
P.S. To była bardzo dobra decyzja, Artur :)

York

York - niegdyś bardzo ważna angielska twierdza, w starożytności największa baza militarna Rzymian na północy, dziś stolica słodkości. Choć słynniejszy jest New York, to jednak to miasto bardzo mnie ciekawiło. Nie wiem czemu, ubzdurałem sobie, że jest tam duży zamek. Właściwie to nie ma go tam prawie wcale. Poza murami i basztą nie wiele zostało. Został natomiast średniowieczny układ uliczek Starego Miasta. Po Rzymianach nie ma praktycznie śladu. Resztek ich obecności możemy szukać w podziemiach yorkowej katedry -York Minster. Z resztą to największa katedra angielska. Również największa w północnej Europie. Robi wrażenie! I pomyśleć, że jeszcze 50 lat temu się sypała.
Wspomniane słodkości to nie przesada. Naprawdę jest tu mnóstwo cukierni i kawiarni. A niektóre pyszności można dostać tylko tutaj. Obżarłem się jak nie wiem! A raz na jakiś czas można sobie pozwolić. Warto tu przyjechać. Cieszę się, że i ja tu przyjechałem :)

środa, 21 maja 2014

Rok w Greshamie





(poniedziałek, 19.05)
To dziś mija rok jak już pracuje w firmie Gresham Office Furniture Ltd. Szybko minął. To pierwszy pełny rok pracy i mam nadzieję że ostatni.
Miałem dużo szczęścia. Najpierw trafiłem na dział Engenieringu a dokładnie na Workshop. Chłopaki nawet szybko mnie polubili. Dobrze mi się tam pracowało mimo, że nie obyło się bez wpadek. Potem mnie zaolnili na trzy dni w dniu wylotu do Kopenhagi by po trzech dniach przyjąć mnie znowu na VDU czyli na stoły. To tu rozwinąłem skrzydła i będąc tu "wypracowałem" sobie "contract" czyli umowę o pracę. Kto by pomyślał, że będę kiedyś oficjalnym pracownikiem Greshama ;) Obecnie pracuje na KD i nie jest tu źle choć strasznie się rozleniwiłem ;) Ale za to jaka ekstra jest ekipa! :) Nie raz można popłakać się ze śmiechu :D
Robota jest ciężka, co się nadźwigam to moje. Ale mimo najniższej krajowej, no i oczywiście nadgodzinom, mogę spełniać swe marzenia i podróżować a także realizować swój mały cel życiowy :)
Jak to mówią nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Trochę szczęścia w życiu trzeba mieć ;) 

Kto powiedział, że jabłko nie przynosi szczęścia? :)


(Niedziela, 18.05)
Dziś miałem wybrać się na fajną ścianę - Castle Climbing Wall. Pojechałem więc metrem na stacje Finsbury Park. Pamiętam ją z wypadu do Francji :D Ale gdy tam dotarłem stwierdziłem że jednak nie mam ochoty na wspinanie. Zauważyłem za to mnóstwo kibiców Arsenalu, którzy zmieniali pod Emirates Stadium by świętować zdobycie Pucharu Anglii :) Ledwo zdążyłem znaleźć fajne miejsce gdy po chwili nadjechał autokar z piłkarzami, którzy trzymali puchar :) Kibice śpiewali, klaskali, skandowali. Niesamowita atmosfera była! :) Ale miałem szczęście! Pierwszy raz coś tak fantastycznego widziałem na żywo! :)
Dziś a właściwie wczoraj spełniło się moje kolejne marzenie :) Jestem szczęśliwym posiadaczek jabłuszka a konkretnie najnowszego iPhone'a 5S :) Jest śliczny! Zawsze chciałem mieć takie cacko! I mam :D A wszystko dzięki mojej matce chrzestnej :) Nie udało mi się kupić go przez neta bo mi przelew zablokowano, więc ciocia zaproponowała że mi sprezentuje zamiast iPada :) A iPada kupie sobie sam :) Tak więc pora podziękować androidowi za współpracę ;) 

Spotkania po latach

(sobota, 17.05)
Do Londynu dotarłem w dwie godziny! Z Manchesteru! Tak to ja mogę podróżować :) Przywitała mnie przepiękna, słoneczna pogoda. Przyjechałem do Londynu by spotkać z kilkoma osobami. Między innym z kuzynkami,  których nie widziałem chyba ze 20 lat! Od dawna mieszkają w Chicago. Świetne dziewczyny! :) Bardzo sympatyczne :) Pokazałem im trochę angielskiej ziemi zarówno w dzień jak i w nocy. Tower of London, Tower Bridge, London Cathedral, a wieczorem Big Bena, London Eye i Trafangal Sauare :) Elkę odwiedzą jutro :)
Kolejnym spotkaniem po latach było spotkanie z Mikołajem Dyjakiem :) Wyskoczyliśmy do pubu na piwo i na mecz Barcelona - Atletico :) Fajnie było zobaczyć jego mordkę :) Miałem też okazje poznać jego dziewczynę Kasię ;) Atletico zdobyło Mistrzostwo Hiszpanii z czego Mikołaj nie był zadowolony ;)
Wieczorem jak już wspomniałem był spacer pod Big Benem a przed północą dotarłem do Canary Wharf gdzie mieszkali moi dawni znajomi z Lublina :) Poznałem ich przez Paździocha.  Bardzo się cieszę że ich odwiedziłem i dziękuje za przenocowanie! To bardzo miło z waszej strony :) Mam nadzieję że utrzymam z nimi kontakt bo fantastyczne z nich osoby :)
Jedynym minusem dzisiejszego dnia było to że w ogóle nie miałem weny na zdjęcia :( No ale tak czasem bywa. 

niedziela, 11 maja 2014

Pierwszy rok


To dziś mija pierwszy rok normalniejszego życia. Dokładnie rok temu zapakowałem moje graty do walizek i wsiadłem w samolot trzymając bilet w jedną stronę... Żeby było śmieszniej - do Londynu. Tam odwiedziłem kolegę liceum. Spędziłem u niego weekend. I to były ostatnie dwa dni bezstresowe. Z Londynu uderzyłem na Bolton. To tu zacząłem nowe życie. 13 maja - data wyjątkowa.
Po roku mam pracę na umowę na czas nieokreślony, mam niezły pokoik, podciągnąłem mocno angielski. Nauczyłem się walczyć o swoje, jeszcze bardziej się usamodzielniłem, zahartowałem nieco moją psychikę, poukładałem sobie niektóre sprawy w głowie. Prócz tego spełniłem kilka swych marzeń: mam świetny sprzęt wspinaczkowy, bardzo dobrą lustrzankę, zwiedziłem wspaniałe i piękne miejsca. W planach jest spełnienie kolejnych marzeń, są kolejne podróże i przeprowadzka. Przeprowadzka do innego kraju. Mam nadzieję, że kraju w którym będę na 100%, w którym będę robił to co kocham. To jest mój cel, cel numer jeden i na nim się skupiam. Z optymizmem i wiarą patrzę w przyszłość. Musi się udać.
Nie osiągnąłbym tego wszystko zostając w kraju. Dlatego był to bardzo dobry wybór. Mimo wszystko...

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wielkanoc w Szkocji

To był niesamowity weekend! No jeden z najlepszych w moim życiu! Udało się zrealizować plan wycieczki w 97% :) Mało tego!! Pogoda była wspaniała! Przez 4 dni (!!), nie liczac dzisiejszego poranka gdzie mgliście, miałem błękitne niebo i słońce, które nieźle grzało! :D Pan, z którym jechałem stopem, powiedział mi, że dawno w Szkocji nie było tak pięknej Wielkanocy! A gdy ktoś się dowiedział, że bilety kupiłem miesiąc temu (cena oczywiście jest dużo niższa - tak się oszczędza kase na szaleństwa podczas wypadu ;) ), mówił, że jestem farciarzem ;) Oj tam :) Trochę szczęścia w życiu trzeba mieć, a co! :) Poza tym głupi ma zawsze szczęście :P
Przez 4 dni, zrobiłem 1500km - koleją, autobusem miejskim, stopem, taksówką, autokarem i zwiedziłem całe mnóstwo pięknych miejsc: Stirling wraz z zamkiem, Glasgow, przejechałem się West Highland Railway z Glasgow do Port William - jedną z najbardziej malowniczych szkockich tras kolejowych, wszedłem na Bena Nevisa - najwyższą górę Wielkiej Brytanii, widziałem słynne jezioro Loch Ness (potrów chyba miał sjeste bo go akurat nie było), dotarłem na przylądek Dunnet Head - najdalej wysunięty na północ punkt głównej wyspy Wielkiej Brytanii, widziałem potężne klify robiące ogromne wrażenie - najpiękniejsze w moim życiu, odwiedziłem Thurso - miasteczko, w którym urodził się słynny sir William Smith, a na koniec odwiedziłem jeszcze przepiękną stolicę Szkocji - Edynburg :) Wrażeń, wspomnień, radości, szczęścia - bez liku! :) Tyle marzeń, tych większych i tych mniejszych, spełniłem podczas jednej wyprawy! :) Nie potrafię opisać tego co czuję, nie umiem. Ale jestem przeszczęśliwy! :) Kocham podróżować, kocham żyć w ten sposób :) Bo tak (moim zdaniem) smakuje życie :) Bez względu na to ile to kosztuje. Marzenia warto spełniać :) A Szkocje polecam każdemu! :) Ja sam na pewno tam wrócę :)

niedziela, 20 kwietnia 2014

Dunnet Head


Najfajniej się chyba pisze tak na bieżąco, kiedy w człowieku jest najwięcej emocji. Od rana jestem pełen dobrego humoru :) Bo od rana świeci cudowne słońce, niebo jest błękitne i spełniłem kolejne marzenie :) Jestem w miejscu, które zawsze chciałem zobaczyć - półwysep Dunnet Head. To najdalej wysunięty na północ Wielkiej Brytanii (jako wyspy). Nie sądziłem jednak, że to miejsce jest aż tak piękne! :)
Siedzę sobie teraz na plaży w Thurso, słucham szumu morza (a właściwie to już chyba Atlantyk - cholernie zimny bo wlazłem po kostki - dalej nie było opcji!) i wspominam sobie dzisiejszy dzień. Zobaczyłem dziś niesamowicie piękne klify. W życiu takich nie widziałem! Wysokie na prawie 100m skaliste wybrzeże, o które z hukiem rozbijały się potężne fale. No coś fantastycznego! :) Trudno to opisać słowami. Zdjęcia też tego nie oddadzą.
Obszedłem cały półwysep dookoła. No trochę się idzie, nie powiem. Mi zajęło to jakieś 6h, z odpoczynkami, zdjęciami i podziwianiem. Na najdalej wysuniętym punkcie jest latarnia. Ale jest ogrodzony i wisi tabliczka - teren prywatny. Trochę żałuje, że nie poszedłem tam ostatniego wieczoru, ale byłem zbyt padnięty. I właściwie od latarni zaczyna się ścieżka wiodąca wzdłuż urwistego brzegu. Jedynym mankamentem tejże ścieżynki jest jej szerokość. Jedyne 20cm! Na jedną stopę! No i trzeba stawiać kroki jak modelka. Inna sprawa jest taka, że bez dobrych butów nie radzę się tam wybierać. Prawie cały teren jest podmokły mimo, że sprawia wrażenie suchego jak pieprz. Na dodatek trzeba się co jakiś czas przeprawiać przez bagniste strumyki. Moje nowe Salomony spisały się na medal! :)
Na ścieżce spotkałem tylko 3 osoby. Prócz nich nie było żywej duszy! Tylko ja i dzika przyroda! :) Po dotarciu do West Dunnet zobaczyłem dopiero człowieków i... baaaardzo długą plaże. Na jej końcu dopiero (po godzinie marszu) było Castletown gdzie chciałem złapać transport do Thurso. Chwile zeszło kiedy pewien miejscowy podrzuciłem mnie do ostatniego celu mojej podróży. W miarę szybko.też znalazłem nocleg. Nie będą to królewskie warunki jak zeszłej nocy ale ważne, że blisko stacji i jest coś nad głową ;) Cena też jest nie bez znaczenia ;)
Zmykam do jakiegoś pubu, poznać tubylców, bo zaraz zajdzie słońce i na plaży robi się już dość zimno. Może to nie koniec wrażeń na dziś? ;)
P.S. zdjęcia do wpisów będą dodane później.

sobota, 19 kwietnia 2014

Ben Nevis


No i nie stanąłem na wierzchołku :( Taka jest prawda. Byłem ze 50, może 70 metrów od niego gdy zawróciłem. Jest niedosyt... ale zdrowie ważniejsze. Nie wziąłem ze sobą polara. Nie chciałem niczym dodatkowy się nie obciążać prócz najpotrzebniejszych rzeczy. A to mimo wszystko góry. A na szczycie 98% zawsze wieje. Nie chciałem wychylać ponad kopułę szczytową. Nie wiem co się stało że pomyślałem o zdrowiu. Nie wiem czemu odpuściłem widząc szczyt, mając do niego rzut beretem. Faktem jest też to że byłem potwornie zmęczony. Cisnąłem ile się dało by zdążyć w odpowiednim czasie. No ale te 50m jeszcze bym zrobił.
Mimo wszystko cieszyłem się że jestem na szlaku, że chodzę po górach i to jakich! Są po prostu prześliczne! Niczym fjordy w Norwegii. Na wybrzeżu wyrastają prosto z wody. Można by patrzeć godzinami. Teraz zostaną mi tylko zdjęcia, choć chciałbym tu wrócić.
Może kiedyś? :) Pogoda też dopisała. Po prostu wymarzona :) Słońce i malutkie chmurki :) Coś pięknego! Nie którzy mówią, że mam układy z Panem Bogiem to zawsze mam piękną pogodę :) Nie potwierdzam, nie zaprzeczam! ;) Ben Nevis to normalnie nasz Giewont. Jak jest ładna pogoda walą na niego tłumy. Nie inaczej było i tu. Ale mi to nie przeszkadzało. Cieszyłem się z bycia w górach. Nic innego się nie liczy :)

piątek, 18 kwietnia 2014

Stirling & Glasgow


Pierwsze wrażenie po dotarciu do Glasgow? Zimno! Oj, tak. Poranek był przepiękny ale zimny, mimo że była już 10. No ale w koncu pojechałem na północ :) Zaraz po przyjeździe na dworzec Glasgow Central udałem się na drugi dworzec, Queen Street Station skąd ruszyłem do Stirling. Moje kolejne małe marzenie się spełniło! Zawsze chciałem zobaczyć zamek Stirling :) Jeden z najpiękniejszych szkockich zamków. Miasteczko bardzo mnie urzekło. Cisza, spokój. Domki głównie z kamienia jak przystało na typowe szkockie miasteczko. Ludzie przyjaźni, uśmiechnięci :) Ja też byłem. W końcu przyjechałem do Szkocji, którą uwielbiam! :) Obszedłem całe miasteczko dookoła i przez to trochę późno byłem pod murami zamku. No ale trudno. Po prostu w Glasgow będę szybciej przebierał nogami ;) Zamek ładny w środku, zadbany, ale spodziewałem się większego wow! Ale i tak mi się podobało :) Wracając na dworzec znalazłem ciapacki sklep (tylko oni mają takie) z komórkowymi częściami. Od razu kupiłem drugą baterie choć z bólem serca wyciągalem z portfela 13 funtów. Żeby jeszcze inwestować w złom, który za miesiąc pójdzie w odstawkę. No ale wyjścia  już nie było. Stara bateria padła kompletnie. A kontakt ze światem muszę mieć.
Będąc w Stirling patrzyłem w strone gór po których jutro będę chodził. I co zobaczyłem? Na niektórych wierzchołkach jest... śnieg! Oj coś czuje że moje nowe Salomony będą miały porządny chrzest bojowy :)
Do Glasgow dotarłem ok. 15:30. I zacząłem zwiedzać po kolei największe atrakcje. Goerge Squere, Art Gallery, deptak Burchanan Street aż dotarłem do katedry. Z zewnątrz jak zwykła katedra ale w środku śliczna! Warto zwiedzić. Potem poszedłem na prawie drugi koniec miasta. Tam były równie ciekawe obiekty. M.in. Kelvinbridge Museum & Art Gallery oraz University of Glasgow. To ostatnie było przepiękne! W życiu nie widziałem tak pięknego uniwersytetu! Tam to ja mógłbym studiować ;)
Dziś Wielki Piątek a więc udałem się do polskiego kościoła notabene zlokalizowanego bardzo blisko Thurso Street :) Cóż za zbieg okoliczności! A może wcale nie? :) Po mszy pochodziłem wzdłuż rzeki Forth płynącej przez Glasgow i czekałem na wiadomość od Wiktora, że jest już w domu i że mogę już do niego wbijać. Wiktor to chłopak znaleziony na portalu Caochsurfing.com, a wi3c potężnej bazy ludzi, którzy oferują nocleg za free i nie tylko. Czasem oprowadzą Cię po mieście, nakarmią, zawiozą na lotnisko. To mój pierwszy nocleg w ten sposób. Nowe doświadczenie się przyda :)
Poćwiczyłem sobie też robienie nocnych zdjęć na moim nowy wybajerzonym sprzęcie ;) Oj spisuje się rewelacyjnie! Jestem bardzo zadowolony :) Dzięki Artur za dobrą radę! Na koniec dnia poszedłem do India Quai Restaurant. Z racji postu wziąłem sobie danie warzywne. W porównaniu z szuchymi bułkami, które jadełem cał dzień to było to niebo w gębie! Naprawdę pyszne. A restauracja spoko. Polecam :) Fajne kelnerki tam pracują ;)
Jest już po północy. O 4:20 pobudka. A więc zostało... 3,5h snu!!! Daje nura pod kołdre. To był cudowny dzień! :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba :)

Doczekałem się! :) Na reszcie wolne! I znów mogę robić coś co kocham - podróżować! :D Właśnie jestem w pociągu. W Preston mam przesiadkę a potem prosto do Glasgow! :) Ależ jestem podekscytowany! :) Ależ się cieszę! :) Martwi mnie tylko telefon. Bateria żyje na oparach. Przed chwilą mi padł :( A miał 85% baterii!! Teraz jestem na kablu bo pokazywało że bateria pusta. I już jest naładowana! Po 3 minutach! Głupi złom! Ale jeszcze miesiąc i... :D
Nie wiem czy uda mi się dziś kupić jakąś baterie bo dziś Bank Holiday a więc wszystko będzie pozamykane :( Ale oby tylko takie problemy w życiu były jak zużyta bateria. Gdyby nie GPS w telefonie i pozaznaczane w nim najważniejsze miejsca do zobaczenia, telefon byłby mi nie potrzebny. Nie przejmuje się tym zbyt. Dam sobie rade :D Znajdzie się jakąś mapę ;) Ważne żeby pogoda dopisała. A taka póki co jest palce lizać! :D Żadnej chmurki chmurki na niebie! :) Bo oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba ;)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Lustrzanka


Jestem pijany ze szczęścia, i chyba jeszcze trochę niedowierzań bo spełniło się koje kolejne marzenie! :) I to takie wielkie! :) Kupiłem sobie lustrzankę :D Odebrałem właśnie paczkę. Toż to absolutny kosmos! :) Aż mam gęsią skórkę :P Aparat jest świetny i trochę ciężki ale dam radę. Muszę się tylko go szybko nauczyć a to nie do końca może być takie proste. Ale uda się na pewno.
Aparat miał być na wyprawę, która już niebawem i udało się - będzie robił piękne foty! :)
A więc marzenia się nie spełniają - marzenia się po prostu spełnia! :)

niedziela, 30 marca 2014

Cheltenham

Trochę wczoraj porzadziliśmy :) No i dziś ciężko się wstawało. Ale jakoś daliśmy rade. Zjedliśmy śniadanie, obejrzeliśmy Formułę i ruszyliśmy na miasto. Cheltenham jest małym przyjemnym miastem. Nawet ładne. Ale widać że życie toczy się tu spokojnie i bez spiny. Nic dziwnego skoro traktowane jest troche jak miasteczko wypoczynkowe.
Fajnie było się spotkać z Damianem i pogadać. Już nawet ustaliliśmy datę kolejnego spotkania! Na początku maja :) Będzie wtedy Aga w UK. Już nie moge się doczekać!

Bristol


Wysiadłem w Bristolu, zrobiłem kilka kroków i musiałem szczękę zbierać z ziemi! Co za piękne miasto! Jaka świetna architektura! Jekie ciekawe style! Jak czysto! Jak to się mówi - to była miłość od pierwszego wrażenia :)
Szukałem kawiarni idąc w stronę portu. Szedłem losowo wybranymi uliczkami i na chybił trafił wszedłem do budynku na fajnym deptaku. Parter jakoś nie zachwycił. Normalna knajpka. Ale że na dole mało było miejsca poszedłem na piętro. Potrzebowałem też prąd. A na piętrze - fantastyczny wystrój! Klimat bardzo przypadł mi do gustu! :) No i kawa. Przepryszna! Cafe Revival to świetna kawiarnia. Chyba najstarsza w Bristolu. Mieści się przy 56 Corn Street. Polecam ją bez dwóch zdań :)
No więc skoro paliwo zatankowane ruszyłem dalej w miasto, które
zachwycało mnie coraz bardziej! Port wyglądał bardzo ładnie choć stosunkowo mało było jachtów. Następnie szedłem wzdłuż nabrzeża aż do doków, w których stał ss Great Britain. Pierwszy transatlantyk który regularnie kursował między Liverpoolem a Nowym Yorkiem i miał o wiele więcej szczęścia niż Titanic. Zawinął też do Sydney i opłynął Horn. W ogóle ma bardzo ciekawą historie. Wahałem się czy kupować bilet bo kosztował prawie £14 a u mnie z kasą krucho. Ale pomyślałem sobie - kurde Sebek, raz sie żyje! :) No i nie żałuje bo bardzo fajnie było. Z pokładu zadzwoniłem do Igi z pozdrowieniami z Bristolu :) Fajnie było ją usłyszeć :)
Pogoda była wymarzona! Słoneczko, prawie bezchmurne niebo, cieplutko, ze 20 stopni było jak nic! No lepiej trafić nie mogłem :) Byłem przeszczęśliwy :) Ruszyłem w dół rzeki Avon  zastanawiając się jak bardzo Bristol przyplmina mi Kopenhage. Właśnie przez architukture i kolorowe domy. To naprawdę pięknie wygląda. Dotarłem do jednego z symboli miasta. Clifton Suspention Brigde to ustytułowany nad kanionionem wiszący most o potężnych pylonach. Wygląda bardzo okazale. Wokół niego są punkty widokowe skąd bardzo dobrze go widać. Dzielnica Clifton użekła mnie swoim secesyjnym stylem. Bardzo go lubię. Ruszyłem uliczkami w dół, w stronę centrum miasta ale odpaliłem aplikacje Banksy Tour, która nawigowała mnie do jego prac usytułowanych w różnych częściach miasta. Banksy to jeden z najbardziej znanych grafficiarzy. Miałem dużo frajdy szukając jegk dzieł. Wybrałem tylko te najbliżej centrum bo musiałem zdążyć na pociąg do Cheltenham. Tam wieczore. Odbywał się Banff Mountain Film Festival. Genialna impreza na której były pokazywane filmy o ludziach z wielką pasją :) Uwielbiam oglądać takie filmy. No i było też m.in. o wspinaczce :) Impreza godna polecenia.
W Cheltenham mieszka też mój kolega Damian Suligowski. I tak się ułożyło, że połączyłem przyjemne z pożytecznym czyli byłem na fastiwalu i go odwiedziłem. Jutro zwiedzamy jego miasto :)
Uwielbiam podróżować, zwiedzać, poznawać nowe miejsca i ludzi. A Bristol jest wyjątkowe. Od dziś to mój numer jeden w Wielkiej Brytanii :) Ma niesamowity klimat, piękną architekture, przyjaznych ludzi, żeglarską historie i podobno dobre jedzenie :) Jestem szczęśliwy że robie to co kocham czyli podróżuje. To chce w życiu robić :) Bo to coś fantastycznego! :)

piątek, 28 marca 2014

Weekend u Damiana :)



Po 13 dniach pracy z rzędu pora na odpoczynek :) W końcu wolny weekend :) Trzeba go więc dobrze wykorzystać :)
Jakiś czas temu dostałem ulotkę reklamującą Banff Mountain Film Festival. Wujek Google szybko znalazł mi że jest to coś ala Festival Filmów Górskich. Z racji tego, że jesienią odpuściłem Reel Rock 8 postanowiłem, że tym razem się wybiore. Przeglądałem list miejscowości, w których grają te filmy. Nie było rzecz jasna Boltonu (kto by w takiej dziurze coś puszczał) ale Manchersteru też. No więc szukałem innych fajnych miejscowości. W grę wchodziły tylko weekendy niestety. Sprawdzam po kolei aż zatrzymałem się na... Cheltenham! I wszystko było jasne! Jade odwiedzić przy okazji Damiana! :) Razem pracowaliśmy w Storze, razem graliśmy w piłe a że kontakt mamy dobry czemu by go nie odwiedzić i nie zobaczyć nowego miejsca! :) No ale, że nie bardzo jest jak dojechać do niego w miare tanio dlatego zdecydowałem się na Megabus z Manchesteru do Bristolu :) Czemu by nie zwiedzić i tego miasta jeszcze, które jest w miarę blisko! :)
Zapowiada się świetny weekend zwłaszcza że pogoda ma dopisać i ma być słonecznie i cieplutko - 17ºC!! :)
Zarzucam plecak na plecy i w drogę! :)

wtorek, 18 marca 2014

Rejs


Niedziela - 16 marca
Powinienem zacząć tak - :D Bo ten weekend właśnie taki jest :) Po kiepskim piątku przyszła sobota i... rano przed pracą dostałem wiadomość od kuzynki z Chicago - konkretnie Magdy - że przylatuje z siostrą i koleżanką do Londynu 16 maja :) Ależ się ucieszyłem z tej wiadomości! :) Bo to oznacza, że się zobaczymy :) Po tylu latach! :) Ale czad! :) Już sie nie moge doczekać! :)
A niedziela była jeszcze lepsza!! :) Dostałem telefon od Igi :) Dowiedziałem się, że... 

PŁYNIE NA REJS DOOKOŁA ŚWIATA!!! :D 

Jest przyjęta do załogi! :) Ależ skakałem w tym autobusie! ;) Takie wiadomości mogę dostawać zawsze! :) Bardzo miło było usłyszeć jej radość w głosie :) Teraz trzeba zebrać "symboliczne" wpisowe. Ale już nad tym pracuje ;)
Dzięń w ogóle totalnie zakręcony. Pomyliłem godziny spotkania ze Stuartem. Spóźniłem się godzine!! Masakra! Wtopa na całego! Ale.dla niego to nic się nie stało :) Luźne podejście do życia ma :) Obawiałem sie tego spotkania a właściwie rozmawiania z nim. Nie jest jakoś super z moim angielskim ale poszło mi całkiem nieźle :) Wspinanie również! A byliśmy w Rope Race Climbing Centre niedaleko Hazel Grove :) Bardzo fajna ścianka i świetne struktury :) Mam nadzieję, że ten wypad zaowocuje następnymi :)

Pogrzeb

piątek - 14 marca
Niby rozumiem wszystko. Normalnie do tematu śmierci. Traktuje to jak coś normalnego - jak wstawanie codziennie rano - ale od dwóch dni nie moge sobie miejsca znaleźć... I wszystko jest do dupy...
Dziś był pogrzeb dziadzia. Przyjechało dużo współbraci stryja - taki mają zwyczaj. Stypa była na plebanii. A ja byłem w pracy. Jak tylko przylece do kraju to pojade prosto na cmentarz...
Wieczór był jeszcze gorszy chyba... Zadzwoniłem do Igi.  Chyba po prostu chciałem się komuś wygadać. Biedna nie bardzo wiedziała co mi powiedzieć. Sam bym nie wiedział... Ale doradziła modlitwe. I to było najlepsze rozwiązanie. Dziękuje! :*
Dziś byłem na drodze krzyżowej - też modląc się za dziadzia.
Niby wszystko rozumiem... ale póki co ciężko jest wyobrazić sobie pusty pokój...

[*]

Środa - 12 marca
Człowiek jeszcze dobrze nie ochłonął po wspaniałym urlopie w górach a tu przychodzi smutna wiadomość z Tarnowa. Mój dziadziu nie żyje. Zmarł dziś rano, a właściwie we śnie. Miał 90 lat bez jednego tygodnia. Za tydzień miałby urodziny.  Ech... no takie życie. Każdego nas to czeka. A 90 lat to piękny wiek.
Jedyne co mi żal, że nie zadzwoniłem do dziadzia przed środą. Mialem taki plan ale no nie wyszło - były "ważniejsze" rzeczy do zrobienia...
Nie mam też jak przylecieć na pogrzeb :( Jest on w piątek bo stryjek Leszek poprosił bo ma rekolekcje w weekend. Nic kurde nie lata w piątki do Krakowa czy Rzeszowa. A jak coś gdzieś leci to w takich porach, że nie zdąże na pogrzeb. No i niestety nie będę na pogrzebie. A bardzo chciałem być. No ale co zrobić. Tak widocznie miało być...
Zostanie w mej pamięci jako wspaniały człowiek. Będę pamiętał wspólne sobotnie kawy, rozmowy przez telefon czy przejażdżki rowerowe z dzieciństwa. Mam nadzieję, że i ja kiedyś będę tak wspaniałym dziadkiem.
Dziadziu - dziękuje Ci za wszystko.

poniedziałek, 17 marca 2014

Wszystko co dobre szybko się kończy

niedziela - 9 marca
No i zaspaliśmy! A mieliśmy wstać na poranną msze. Na szczęscie nie obudziliśmy się o 11! No ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Znalazłem na necie że jest msza w kościele w Białce. Szczęśliwie złapali na busa, który przywiózł nas do Białki pare minut przed mszą a zatrzymał się pod samym kościołem. Po mszy jednak okazało się, że... nie ma Twojej czapki :( Miałem ją w rękach i... chyba zostawiłem w busie :( Dałem ciała! :( Strasznie mi głupio z tego powodu. Przepraszam Cię Iga. Tak się po prostu nie robi. Dlatego odkupię Ci czapkę. To moja wina, że ona zginęła i to ja mam wyrzuty sumienia z tego powodu. Na szczęście miałaś jeszcze drugą buffkę i mogłaś jeździć na nartach. Choć pewnie ona tak super przed wiatrem nie chroniła Twoje uszka.
Na stoku spotkaliśmy Rafała Saka. Fajnie było spotkać kogoś znajomego. Choć... wydaje mi się, że... on chyba za mną nie przepada.
Dziś bardzo ładnie jeździłaś, ładnie technicznie. Najładniej ze wszystkich dni. W sumie to nie ma się czemu dziwić! Masz wrodzony talent! :) Cieszę się też, że posmakowały Ci kołacze, które wcinaliśmy w przerwie na herbatę :) 
W Białce spotkaliśmy się też z moimi rodzicami. Na początku było małe zamieszanie bo tata przyjechał na Jankulakowski Wierch a nie na Kotelnicę, gdzie pierwotnie się umówiliśmy ale ostatecznie wszystko się szczęśliwie skończyło. Rodzice zawieźli nas do Zakopanego, gdzie zostało nam tylko spakowanie plecaków i powrót do domku. Były małe problemy z Twoim autobusem bo wszystkie bilety wykupili. Dlatego zdecydowaliśmy się na bla bla car. To dość ryzykowne i bałem się o Ciebie ale... Pan Waldemar okazał się przesympatyczny i jest żeglarzem i paralotniarzem. Widocznie tak miało być, że nie było już biletów na autobus i dzięki temu poznałaś tak fantastyczną osobę. A może jeszcze kiedyś pomoże Ci ta osoba, kto wie?
Zaraz po Twoim wyjeździe oddałem sprzęt i zrobiłem małe zakupy. Kupiłem sobie też książke pt. Lawiny. Chciałbym w tym kierunku się szkolić. Może w przyszłości mi się przyda. A na pewno przyda mi się to w górach :) Na koniec poszedłem z rodzicami na kawe i ciasto. Potem ruszyliśmy na Katowice na lotnisko. 
To był bardzo udany urlop. Jeden z najlepszych na jakich byłem o ile nie najlepszy. Będę bardzo miło wspominał ten czas. Bardzo się cieszę, że mogliśmy spędzić trochę czasu razem i że mogliśmy się trochę lepiej poznać. Mam nadzieję, że dobrze to wpłynie na naszą przyjaźń :) Dziękuję Ci Iga za wszystko. Dzięki Tobie spełniło się moje kolejne małe marzenie :)

piątek, 14 marca 2014

Wyżej się już nie da ;)

sobota - 8 marca
Nie za bardzo było jak dostać się na Polane Białczańską, więc pojechaliśmy tam... taksówką! :) A co tam, jak się bawić to się bawić! ;) Pan kierowca był bardzo miły bo powiedział że zawiezie nas za 7 dyszek a nie tak jak jakaś sknera wczoraj, która zawołała stówe. Pogoda była genialna! :) Słońce nie dawno wstało, podobnie jak my :) A że niebo było bezchmurne, w końcu zobaczyliśmy góry! Widoczność była idealna! :)
Droga do schroniska była przysypana śniegiem, który fajnie skrzypiał pod butami :) Na początku drogi chyba byłaś trochę spięta ale po dotarciu do schroniska atmosfera się rozluźniła. Założyliśmy raki i ruszyliśmy przez zamarznięte Morskie Oko. Nie inaczej było z Czarnym Stawem. Dopiero gdy go minęliśmy zaczęła się prawdziwa wspinaczka. W między czasie wszystko za sprawą promieni słonecznych zaczęło parować i tworzyły się chmury, które chwilami przynosiły głupie myśli, że na szczycie znów będzie chmura. Ale ja wierzyłem do końca, że tak nie będzie. Szedłem z przodu  przecierając nieco szlak. Tempo mieliśmy bardzo dobre co budziło we mnie jeszcze większy podziw :) Świetnie sobie radziłaś w zimowych warunkach. Jesteś zuch dziewczyna! :) Mimo wszystko chciałem mieć Cię cały czas na oku. Postój na herbatkę zrobiliśmy na wysokości ok. 2100m n.p.m. w niedużej odległości od "wejścia" do rysy. Warunki śnieżne były bardzo dobre. Śnieg był zmrożony, dobrze związany i się trzymał mimo 2 stopnia. W rysie zaczęła się już prawdziwa wspinaczka. Ścieżka wydeptana przez pierwszych wspinaczy była już mocno zniszczona i musiałem ją torować niemsalże od nowa. To sprawiło, że moje stopy, a właściwie prawa, strasznie zmarzły. Kiedy ból przerodził się w brak czucia musieliśmy się zatrzymać a ja zabrałem się za rozgrzewanie stopy. Pierwszy raz mi się coś takiego stało. Ale fakt, buty są stare, skarpetki też nie są jakieś super, i stało jak się stało. Ale o odwrocie nie było mowy! Życke uratowała mi też dodatkowa skarpetka od Igi :) Dziękuję Ci bardzo Iguś! Gdy już o Tobie mowa to muszę Cię pochwalić bo świetnie sobie radziłaś z czekanem :) Jednak najtrudniejszy odcinek był dopiero przed nami. To odcinek z łańcuchami. To tam jest najwięcej wypadków i to tam najłatwiej o błąd i to ten odcinek najbardziej się martwiłem. Ale poprosiłem Cię o maksimum koncentracji i grzecznie posłuchałaś :) Po 4h wspinaczki, o 13:30, stanęliśmy na szczycie Rysów! Najwyższym punkcie Polski. Wyżej się już nie da. Iguś - wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! :) Nasz plan zakładał, że cieszymy się dopiero w schronisku, gdy bezpiecznie wrócimy.
Widoki zapierały dech w piersi! W końcu zobaczyłem piękną panoramę Tatr a nie białą chmure. To było niesamowite wrażenie. A jeszcze bardziej się cieszyłem, że dałaś radę. Zdobycie szczytu uczciliśmy kubeczkiem grzańca i kilkoma fotkami :) Schodzenie zaczęliśmy około 14:00. Żal było opuszczać tak piękny szczyt ale trzeba wrócić bezpiecznie do domu.
Pierwsze kroki podczas zejścia były stresujące ale szybko opanowałas technikę schodzenia. Każdy następny krok był pewniejszy. Nie było żadnego zjazdu na tyłku co nie umknęło mojej uwadze :) Po dwóch i pół godzinie zameldowaliśmy się w schronisku. Zrobiliśmy sobie przerwę na herbatkę, grzańca i szarlotkę :) Nie za bardzo mogliśmy się rozsiadywać bo przed nami było jeszcze 9 km najnudniejszego odcinka do parkingu i trzeba było złapać busa do Zakopca. Jednego z nich, a właściwie jego tył, widzieliśmy będąc już na "ostatniej prostej". Jak się chwile potem okazało był to ostatni bus. Trzeba było coś szybko wykombinować. Gdy w głowie analizowały się poszczególne wyjścia z tej sytuacji ni z tego ni z owego pojechała taksówka, która przywiozła dwóch turystów. Normalnie koleś spadł nam z nieba! :) I tym sposobem szybko dostaliśmy się do Zakopca. Lecz to nie był koniec naszych przygód. Okazało się że zgubiłem klucz od łazinki :( Nie potrzebnie narobiłem rabanu przy tym ale byłem zły na siebie że zmęczona będziesz musiała czekać na prysznic. Chyba zostało coś jeszcze we mnie z poprzedniego związku. Wtedy miałbym już awanture. Po prostu było mi bardzo głupio, że dałem plamę. Na szczęście niedługo potem gaździna przyniosła zapasowy klucz i końcu był upragniony prysznic. Nie obudził ani nie dodał on nam sił za bardzo więc nie wybraliśmy się na obiecaną kolacje a miał to być baran a konkretnie szaszłyk barani. No trudno - może następnym razem. Kupiliśmy sobie za to jakieś przekąski w pobliskim Tesco i to była nasza kolacja.
Cudowne uczucie było gdy widziałem Twoją radość po tym dniu. Nie mogłem mieć lepszego podziękowania. Prócz tego byłem bardzo dumny z tego jak świetnie sobie poradziłaś. A przecież pierwszy raz używałaś raków i czekana. Jesteś po prostu niesamowita! :) Cieszę się, że razem zdobyliśmy twój pierwszy zimowy szczyt :)

czwartek, 13 marca 2014

Białe szaleństwo!

piątek - 7 marca
Komuś chyba zrobiłem smaka na dwie deski :) Bo już z samego rana, zaraz po śniadaniu, ruszyliśmy na stok! :) A konkretnie do Białki Tatrzańskiej na Kotelnice :) Pogoda była dobra, ok. +1, więc śnieg nie był najgorszy. I chyba, trochę zbyt optymistycznie wybrałem pierwszą trasę bo zjechaliśmy z samej góry! Trochę za dużo jak na początek, przepraszam. Ale gdy już się rozgrzaliśmy na krótszych stokach zjeżdżaliśmy też z samego szczytu :) Każdy zjazd Igi był coraz lepszy! Coraz lepiej kładała się na nartach, coraz lepiej skręcała i jazda była pewniejsza. Nie mogę wyjść z podziwu! Po prostu urodzona narciarka! :)
Na przerwie ustataliliśmy, że rezygnujemy z term na rzecz zdobycia sprzętu górskiego, co oznaczało powrót do Zakopanego przed 19. Szkoda mi było tego basenu. Bardzo chciałem się wygrzać w cieplutkiej, termalnej wodzie i wymasować na biczach wodnych. No ale co zrobić - potrzebujemy sprzętu.
Na kolacje wybraliśmy restauracje Pstrąg, gdzie zdecydowaliśmy się na naleśniki. Były pyszne! :) Wracając do domu zrobiliśmy sobie zakupy na następne dni. Nie zabrakło wśród nich butelki Grzańca Galicyjskiego, którego otworzyliśmy tego samego wieczoru :)
Bardzo fajnie mi się z Tobą rozmawia. Uwielbiam z Tobą Iguś rozmawiać. I to że potrafimy rozmawiać na wszystkie tematy. To jest niesamowite! :) Bardzo mnie to cieszy. A ta rozmowa była chyba wyjątkowa, bo bez tremy rozmawialiśmy o tym co kiedyś było i co siedzi w nas. O naszych zaletach i wadach. Będę długo pamiętał ten wieczór przy grzańcu.

Urlop w górach


czwartek - 6 marca.
Doczekałem się. Jestem już na lotnisku w Manchesterze. No ale jakoś nie dociera do mnie że lecę w ukochane góry. Wszystko dzieje się bardzo szybko! Ale za to się dłuży - jak na złość. Coś tam drzymie ale niewiele. Na lotnisku czekają już rodzice. Udało się im dotrzeć choć mieli przygody na autostradzie. Tata złapał kapcia! Pyszna kawcia, coś słodkiego trochę rozmów i cóż pora ruszać w drogę. Na dworcu Balice okazuje się że pociąg nie jeździ od... 6 dni! A to pech. No cóż, biore takse - za 5 dyszek! Cenią się skubańce chyba bardziej jak w stolicy a droga podobna. No ale jak się bawić to się bawić :P
Na dworcu czekała już na mnie Iga :) Bardzo miło było ją zobaczyć bo stęskniłem się za nią. Udało nam się złapać PolskigoBusa i ruzyliśmy do stolicy polskich gór. Podróż minęła szybko, na rozmowach i na śpiochaniu.
Zaraz po zakwaterowaniu zaproponowałem rozmowe. Chciałem żeby wszystko było jasne. A nasze relacje były wyjaśnione. Przyjechaliśmy tu jako przyjaciele i chciałbym żeby tak zostało. Wiem, że nie do końca mi uwierzyłaś Iguś ale przekonasz się, że mówię prawdę.
Po rozmowie przyszła pora na pierwszą lekcję "narciarską". Na poczatek była teoria, zakładnie butów i zapinanie nart na "sucho". Poszło bardzo dobrze więc ruszyliśmy na stok. Wybrałem Nosal i ośle łączki pod nim. Jestem pod wrażeniem jak świetnie sobie poradziłaś! :) Na początku było troche stresu, jak zawsze gdy coś się robi pierwszy raz, ale z każdym zjazdem było lepiej :) Aż w końcu był zjazd z Nosala! No może z jednej czwartej Nosala ;) No i tam była pierwsza gleba. Ale ile było śmiechu przy tym! To też część nauki. Bardzo jestem szczęśliwy że tak szybko załapałaś pierwsze kroki. Nie sądziłem, że tak dobrze Ci pójdzie :) Bardzo miło mnie zaskoczyłaś :)
Po ogarnięciu się pod prysznicem miałem dla Ciebie małą niespodziankę :) Z okazji dnia kobiet albo po prostu z okazji tego wyjazdu kupiłem Ci Buffke. Nie wiedziałem że masz już jedną. Ale cieszę się, że spodobała Ci się :) Bardzo ładnie w niej wyglądasz :)
Narty sprawiły że nieźle zgłodnieliśmy. Kolacja w Sfinksie była super! Szkoda tylko że lokal tak szybko zamykali ;)

wtorek, 11 marca 2014

Telefonicznie


Wtorek - 4 marca
Tak, wiem, pisze z opóźnieniem. Alr normalnie doba jest dla mnie za krótka :( Tyle rzeczy człowiek chciałby zrobić a tu nie ma na to czasu. I pojawiają się poślizgi czasowe. Na szczęście nie było żadnych opóźnień na linii Bolton - Łódź. Nie było dziś wspinaczek ani zakupów, więc mogliśmy sobie z Igą na spokojnie porozmawiać. Kto by pomyślał że kiedyś tak często będę robił telefony międzynarodowe? :) I wcale nie są one drogie! 5 pensów za minutę na komórkę i 1 pens na stacjonarny! Taniocha!!! Czemu w Polsce tak nie ma? :(
Na spokojnie omówiliśmy wszystkie sprawy związane z wyjazdem. Tata Igi też chciał ze mną chciał ze mną rozmawiać. Bardzo się cieszę że mogliśmy porozmawiać. Powiedział jakie ma oczekiwania i wyraził nadzieję że bedzie bezpiecznie. Bardzo lubię rozmawiać z takimi konkretnymi osobami :)
Już się nie mogę doczekać tego wyjazdu. Czuje że będzie super :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Poniedziałek... ale jaki! :)

Poniedziałek - 3 marca.
Niby to najgorszy dzień tygodnia. Bo początek ciągu pracujących dni. Ale mi poniedziałki zawsze szybko lecą. Polubilem je też pewnie dlatego że w każdy poniedziałkowy wieczór jest climbing club w Bolton One. Poza tym ja jeszcze żyje weekendowym przyjazdem Paździocha. To był bardzo miły czas! :) I mimo że dziś znów do pracy to i tak mam humor bardzo dobry. A to dlatego że ten tydzień ma tylko trzy dni robocze !!! Trzy dni i zaczynam urlop :) Krótki, bo tylko cztery dni ale urlop :) Niestety w pracy mi humor troche popsuli bo przerzucali mnie z działu na dział aż w końcu wylądowałem na krzesłach. Zazwyczaj jest tam spoko ale ostatnio coś nie mogę się tam odnaleźć i robota mi tam nie idzie.
Na dodatek wieczorem dostałem informacje od Adama, że zmarł tata Uli :( Musieli przez to przerwać pobyt w górach. Ech... tak wygląda.właśnie życie. Przykre to i smutno mi się zrobiło, bo w końcu to moi przyjaciele.
Idąc na wspinaczkę zawdzwoniłem do Igi :) Jak ją słysze to zaraz mi się humor poprawia. A tym razem poprawił mi go niesamowicie a to dlatego że... powiedziała że jedzie ze mną do Zakopanego!!! :D Ależ się ucieszyłem! :) Bardzo się cieszę, że spędzimy razem czas :)
P.S. Ależ był power na ścianie! Ciekawe czemu? ;)

niedziela, 2 marca 2014

Paździoch w UK!

Ten weekend zapowiadał się świetnie i naprawdę taki był! :) A wszystko dlatego że odwiedził mnie Paździoch! :) Przyleciał do mnie na weekend. Już w piątke rano nie mogłem "usiedzieć" w pracy spokojnie ;) Wyladował w Manchesterze późnym wieczorem. Do centrum przejechalismy się piętrowym autobusem, których nie ma w Kopenhadze. Trochę pospacerowaliśmy nocą po miescie o i tak czekaliśmy na autobus do Bolton.
Następnego dnia (w sobote) ruszyliśmy na Manchester. Pokazałem mu najciekawsze miejsca m.in. kanały (moim skromnym zdaniem najpiękniejsze miejsce w mieście. Później byliśmy na kawie w Hiltonie :) To bardzo fajne miejsce i piękną panoramą przedmieść miasta. Wszystko z sprawą lokalizacji na 23 piętrze :) Jest tam drożej i czuje się środowisko Bon Tone ale widać było, że mu się tam podobało :) Później poszliśmy przez centrum miasta. Tam zahaczyliśmy i Primark, do którego weszliśmy po jedną parę spodni. Niestety na jednej parze spodni się nie skończyło. Było ich aż... 6! :D Oprócz tego kilka innych rzeczy :P W sumie Paździoch wydał prawie 100 funtów. Dokładnie to 92 :) Ale przynajmniej się obkupił. Ja się trzymałem planu i wyszedłem z jedną parą spodni ;) Z siatami pełnymi zakupów ( a przynajmniej co niektórzy takie mieli) ruszyliśmy w stronę przystanku skąd pojechaliśmy do Stockport by powspinać się w Awesome Climbing Wall. W końcu pocisnąłem pewną niebieską drogę, którą nie udało mi się zrobić gdy byłem z moją ekipą wspinaczkową. Ale po tym byłem mocno "zbułowany" :( W ogóle nie mam coś ostatnio siły. Czuje się przemęczony :( Trochę za długo posiedzieliśmy na koniec na baldach bo potem przyszło nam biec na pociąg. Na szczęście zdążyliśmy :) Dzięki temu udało nam się wpaść na pyszną kolacje to "polskiej knajpy" :) Serwują tam bigos palce lizać! :) I jak zwykle był pyszny. Pogadaliśmy na poważne sprawy m.in. na tematy damsko-męskie. Kontynuowaliśmy je również w domu przy piwie aż w końcu usneliśmy padnięci po wrażeniach z całego dnia. Niedziela jak przystało była leniwa. Na spokojnie wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na Bolton by zobaczyć centrum i na ściane by się powspinać. Ale na ścianie kompletnie nie było mocy, więc zrobiliśmy kilka fajnych dróg i poszliśmy na kawę do kawiarni. Do kawy musiał być tradycyjny angielski muffin double chocolette ;) Na koniec angielskiej przygody zaserwowałem obiad z przepisu od Pauliny :) Też smakował łasuchowi ;) No i przeleciał weekend. Odwiozłem go na lotnisko i wróciłem do rzeczywistości. Ale i tak był wspaniały weekend! :) Będzie co wspominać :) Być może znów mnie odwiedzi w maju :)

Tłusty czwartek :)

Co za fajny dzień! :) A wszystko dlatego że dziś święto łasuchów czyli także i moje :)  Dokładnie to nie dziś, bo dziś jest właściwie niedziela a nie czwartek, ale pisze z opóźnieniem bo brakuje mi czasu niestety :(
Tak czy owak dziś cały dzień czekałem na pączkową ucztę :) Zaraz po pracy pojechałem do polskiego sklepu i odebrałem zamówione pączki :) Cóż to była za kolacja! ;) Nie zjadłem oczywiście wszystkich bo miałem ich dzisięć. Część zostawiłem sobie na następny dzień, a co! Jak szaleć to szaleć ;) Fajnie że tu w Anglii są polskie sklepy. Wiem że zawdzięczam to dużej ilości mieszkających tu moich rodaków. Ale dzięki temu mam dostęp do polskiego jedzenia o wiele lepszego od angielskiego! Bo tutejsze jest dramatyczne. Anglicy nie wiedzą co to znaczy dobrze zjeść. Ichnie pączki są okropne.  Więc póki mogę korzystam z tej wygody i jem polskie jedzenie :)
I na koniec dobra wiadomość, którą dostałem tuż przed położeniem się spać. Mój kolega z poprzedniej pracy, Rafał Mauler właśnie został tatą :) Gratulacje! :)

środa, 19 lutego 2014

Na Ukrainie wrze


Bardzo smutne wieści docierają z Ukrainy. Od 29 grudnia trwają tam demonstracje i zamieszki. Opozycja domaga się zmiany władzy, odejscia prezydenta Janukowycza i wznowienie rozmów z Unią Europejską. To właśnie ta ostatnia rzecz była iskrą zapalną. Rząd , na kilka dni przed rozpoczęciem unijnego szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, zerwały umowy dotyczące stowarzyszenia z Unią Europejską, co doprowadziło do trwających do dziś zamieszek. Bo Ukraińcy myślą inaczej. Widzą szanse na lepsze życie, na wolność, na normalny kraj. I o to walczą! Toczą regularne bitwy z siłami bezpieczeństwa i milicją. Ich "twierdzą" jest Majdan - plac w centrum miasta. To tam powstały barykady. Tam ludzie się mobilizują, wspierają i motywują do walki o lepsze jutro. Ostatniej nocy milicja otoczyła cały plac, zamknęła cały Kijów, nikt nie wjedzie ani nie wyjedzie. Mało tego zaczeła szturmować Majdan, strzelając do ludzi!! Nie tylko z broni gładkolufowej ale również z ostrej amunicji!! Są pierwsze ofiary. Świat tylko patrzy... Nic nie reaguje. Tak jak patrzył na nas gdy atakowały nas Niemcy w '39 roku... Smutne, ale prawdziwe. Oby zginęło jak najmniej ludzi.

P.S. Podobno ogłoszono rozejm i ponownego natarcia na demonstrantów nie będzie. Puste słowa czy jednak porozumienie?

wtorek, 18 lutego 2014

Słoneczna niedziela



Nie dość, że sobota była piękna jeśli chodzi o wydarzenia sportowe, to niedziela była śliczna pod kątem pogody! :) Takiego słońca dawno nie było! I było bardzo ciepło! :) Aż chciało się wyjść na spacerm by naładować baterii na cały najbliższy tydzień. I ja tak zrobiłem :) Spacerując po centrum miasta, idąc na kawe, spotkałem Marcina. Nic nie dzieje się bez przypadku! Tak było też i tym razem. Zaprosiłem go na kawę. Była okazja by trochę lepiej poznać go. Mimo wszystko jest dla mnie nieco tajemniczy. Tak czy siak, porozmawialiśmy o przyszłości. Okazało się, że on też chciałbym wyjechać. I Austria może być! Dlaczego nie? Czyżbyśmy mieli pojechać tam razem? Czy tak się stanie? Czy może on poleci pierwszy? Czy nasza znajomość przetrwa, mimo, że nie raz myślimy podobnie, a w gruncie rzeczy jesteśmy totalnie różnymi ludźmi? Czas pokaże. Niemniej jednak, nasza "współpraca" może być dla mnie korzystna.
Ale to za jakiś czas. Póki co żyje pewnymi swoimi marzenia :) Jedno z nich, małe bo małe ale zawsze, właśnie się spełniło :) Chciałem być na meczu Manchesteru City i byłem :) Pora na realizację kolejnych. Tym razem podróżniczych - kierunek Szkocja! :)

Co za sobota!


Mam spore opóźnienia w pisaniu a to dlatego, że doba jest dla mnie za krótka ;)
Tyle z usprawiedliwień. Wracam do wrażeń! :) Co to była za sobota! :) Już od samego rana byłem w dobrym humorze :) A wszystko dlatego, że wybierałem się dziś na mecz Pucharu Anglii Manchester City vs Chelsea Londyn :) Aż się fajniej pracowało ;)
W drodzę na mecz dostałem same dobre wiadomości od mojej przyjaciółki Igi :) M. in. że zaproponowano jej pracę na Stratosferze, ściance wspinaczkowej w łódzkiej Manufakturze! :) Mało tego, zadzwonił do niej też Artur, koleś odpowiedzialny za spełnienie pewnego wielkiego marzenia :) I było pozytywnie, choć jeszcze żadne decyzje nie zapadły. Ale te słowa dużo znaczą. I ja już się z nich cieszę! :) Zaraz po przeczytaniu smsa zadzwoniłem do Igi by jej pogratulować i wtedy dowiedziałem się więcej szczegółów. A taaaaaakim uśmiechem podążałem na stadion. A mecz? Palce lizać!! Super atmosfera! Śpiewanie, doping cały mecz. Zarówno ze strony gości jak i gospodarzy! :) Bardzo mi się podobało. Było sto razy lepiej jak na Old Trafford! Niby to samo miasto a jaka różnica! Manchester wygrał 2:0, po bramkach Joveticia i Nasri'ego :) Trybuny szalały!
W drodze ze stadionu na dworzec kolejowy byłem w stałej łączności z tatą. Kończyła się akurat druga seria skoków na dużej skoczni. Kamil Stoch prowadził po pierwszej serii o 1,5 pkt nad Kasaim. Ale udało się!!! Wygrał!!! Ma drugie złoto!!! :) Jest w niesamowitej formie!! Bardzo się cieszę, bo chłopakowi się należało!! :) Mało tego, dziś nasz panczenista Tomek Bródka też niespodziewanie zdobył złoto!!! :) Wygrał... uwaga! o... 0,003s !!! To w przeliczeniu na długość 4cm! :) Brawo nasi! Brawo Polacy!! :D

poniedziałek, 17 lutego 2014

Umowa o pracę


Cały czas powtarzałem (czy tez żartowałem sobie), że przyjazd przyjaciół to świetny prezent imieninowy :) I faktycznie tak było. Bo świętowanie ich przesunąłem o jeden dzień by zrobić to razem z nimi. Był pyszny tort czekoladowy, którym się wszyscy zajadali :)
Te imieniny były wyjątkowe bo oprócz ich przyjazdu, innym wielkim prezentem, było otrzymanie umowy o pracę w Gresham Office Furniture Ltd. Kto by pomyślał, że będę tam kiedyś pracował jako ich pracownik?? Na pewno nie ja! Niestety fakt ten został przyćmiony zwolnieniem mojego brata. I mimo iż wszyscy mi gratulowali jakoś nie potrafiłem się cieszyć z tego sukcesu.
Fabryka mebli, w której pracuje, nie jest moim szczytem marzeń jeśli chodzi o pracę. Wkurza mnie ta robota, bo to fabryka, bo jestem robolem, bo nie bardzo się rozwija (poza skręcaniem mebli), no i jest ciężka fizycznie. Najchętniej bym ją rzucił. Przymiarki ku temu robiłem już w grudniu, ale jakoś nic nie wyszło. Teraz gdy dostałem kontrakt chyba trochę popracuję tam. To zawsze jakaś stabilizacja a dzięki temu będę mógł skupić się na nauce języków (i nie tylko) oraz realizacji mojego planu (marzenia). Czy się spełni - czas pokaże. Mimo wszystko, cieszę się, że dostałem kontrakt za granicą. Dla niektórych jest to wielkie marzenie. Niektórzy mieszkają tu wiele lat i wciąż tego nie mają. Powinienem czuć się szczęściarzem w takim razie ;)

wtorek, 11 lutego 2014

Dzień z przyjaciółmi


Czas płynie niesłychanie szybko. Aż nie wiedziałem, że tyle dni nie pisałem! Jakoś tak uciekł ten czas przez palce. A tyle się wydarzyło! Jednak wciąż żywe jest we mnie wspomnienie odwiedzin moich przyjaciół. Przyleciała do mnie z Łodzi moja ekipa wspinaczkowa :) To tak paczka, to te osoby, z którymi wspinałem się najwięcej! :) Ich przyjazd, choć zapowiedziany, był niesamowitą niespodzianką! Niespodziewałem się, że ktoś mnie odwiedzi. A oni ot tak, po prostu przylecieli na ferie! No serce me się roztopiło! Są niesamowitymi osobami! I dla nich zrobiłbym bardzo bardzo dużo.
Spędziliśmy razem wspaniałe chwile. Powspinaliśmy się na najlepszych ścianach w okolicy :) Było mega! Będę wspominał ten czas bardzo miło! :) Z mojej strony chciałem ugościć ich jak najlepiej potrafię. I prawie mi się to udało. Prawie, bo pewne rzeczy zawaliłem. Zachowałem się beznadziejnie, głupio, i w ogóle do dupy... :( Przepraszam was za to z całego serca. Dostałem lekcję od życia. Bolesną... Ale takie są najlepsze. Mimo wszystko patrzę z optymizmem w przyszłość i wierzę, że nie wszystko stracone...
"Dzień spędzony z przyjaciółmi, zawsze jest dobrze spędzonym dniem" - zgadzam się z tym stwierdzeniem w 100%. Co byśmy razem nie robili jest to będzie to tylko nasze, i zostanie w naszych sercach na zawsze jako piękne wspomnienia.
Dziękuję, że jesteście! :)

środa, 29 stycznia 2014

Moja pierwsza zupa!


Dziś zrobiłem moją pierwszą w życiu zupę! Nigdy w życiu żadnej nie zrobiłem. Zawsze moje obiady składały się z drugiego dania. Obrazek nie przestawia mojego kulinarnego dzieła. Zdjęcie wrzuciłem bo spodobała mi się miska :) I od razu dodam też, że nie był to Vifon - żeby nie było ;) Pewnie wielu z was się ze mną nie zgodzi, ale dla mnie Vifon to klasyk. I np. nie wyobrażam sobie wyjścia w góry bez Vifona!! No musi być w plecaku i już! :)
A dziś zdecydowałem się zrobić żurek :) Tak jest! Prawdziwy, polski żurek! A nie ten z papierka! Były prawdziwe składniki, m.in. kostka rosołowa, kiełbasa wiejska, ziele angielskie, liść laurowy, no i zakwas oczywiście! Muszę poszukać gdzieś jeszcze wędzonki! Wtedy będzie palce lizać! :) Ale to następnym razem :) Pora zjeść bo stygnie ;)

niedziela, 26 stycznia 2014

Czas ucieka...


„Trwałość pamięci” (hiszp. „La persistencia de la memoria”) jest najsłynniejszym obrazem autorstwa hiszpańskiego surrealisty – Salvadora Dalego. Nie wiem czemu ale ten obraz przypomina mi o pewnym zjawisku jakim jest uciekający czas. Naprawdę ten czas ucieka mi przez palce. Pracując w Wielkiej Brytanii to tydzień jest jak jeden dzień. Leci tu czas niesamowicie! To przeraża, bardzo przeraża, bo życie ucieka. Znika. A przecież mamy je tylko jedno, więc pasowałoby je spędzić jak najlepiej! Nie wiem, np. robić coś co się lubi lub kocha. Dlaczego by tego życia tak właśnie nie przeżyć? Ja chyba właśnie spróbuje. No bo czemu nie? Nie którym wystarcza to co mają. Praca, dom, spanie, praca, dom, spanie i tak w kółko. I są szczęśliwi (!!) Każdy jest inny. To też trzeba zrozumieć. Ale mi to nie wystarcza. Tylko, że muszę zacząć od siebie, bo ja trochę za dużo czasu marnuję. I to moja wada jest. Ale wszystko da się zrobić. Nie ma rzeczy nie możliwich! I to jest moje hasło przewodnie. Trzeba działać :)

środa, 22 stycznia 2014

Odwiedziny


Nie mogłem sobie wyobrazić lepszego przezentu na imieniny jak przylot moich przyjaciół! :) I to jeszcze tych "od liny" ;) No po prostu tak się cieszę, że nie wiem jak to opisać! :) Zwłaszcza, że stęskniłem się za nimi! Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę z nimi spędzić kilka dni i pokazać im mój "nowy" świat :) Z tej okazji wziąłem bezpłatne urlopowe (z racji, że dopiero co dostałem kontrakt nie mogłem wziąć płatnego urlopu - ale nie pieniądze są najważniejsze).
Będzie na pewno kupa śmiechu i dobrej zabawy :) Bo z nimi zawsze jest wesoło! I to jest piękne. Na takie chwile warto czekać! :) Wtedy człowiek czuje, że żyje :) Dziś kolejny dzień pełen wrażań! I znów się powspinamy :) Pora zjeść porządne śniadanie i w drogę :)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Imieniny


Dziś moje imieniny :) I wszystkim, którzy o mnie pamiętali oraz przesłali życzenia bardzo ale to bardzo dziękuję :) Często życzy się spełnienia marzeń. I to piękne życzenia. I warto życzyć komuś tego. Zwłaszcza takiej osobie jak ja! ;) A ja cały czas staram się spełniać swe marzenia. A spełnianie marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące :) To nie moje słowa, a Paula Coelha. Ale absolutnie się z nimi zgadzam! :) Przeczytałem je w pewnej jego książce. "Alchemik" - to wspaniała książka, którą bardzo lubię. Inspiruje do działania! :) A wtedy łatwiej postawić pierwszy krok. I tak kroczek po kroczku i wchodzi się na szczyt i przed oczami rozpościera się np. taki oto widoczek jak ten :)

piątek, 17 stycznia 2014

"Łatwiejsze rozwiązanie"



Dziś dotarły do mnie złe wiadomości. Mama wylądowała w szpitalu. Na szczęście nie jest to nic poważnego, podobno woreczek żółciowy. Ale i tak została na obserwację i na przeprowadzenie szeregu badań. Jest pod opieką lekarzy, więc nic nie powinno się złego stać i pewnie niebawem ją wypiszą.
Inną złą wiadomością była śmierć naszego sąsiada. A raczej samobójstwo, bo się powiesił. Młody chłopak. Gdzieś w moim wieku. Może kilka lat młodszy. Nie tak dawno został sam w domu. Rodzina była daleka od normalności, ale... nie to jest najistotniejsze. Najbardziej daje do myślenia na jakim trzeba być dnie, żeby targnąć się na własne życie? W jakiek trzeba być rozsypce? Jak psychika musi być zniszczona? Albo jaki ciężar życia musimy udźwignąć sami? Czy jest on aż tak ciężki, że nas zabija? I czy może spotkać to też i nas? I czy jeśli sami znajdziemy się w ektremalnie beznadziejnej sytuacji, czy damy radę oprzeć się pokusie "łatwego rozwiązania"? To daje do myślenia...
Szkoda chłopaka. Nie był zły. Miał po prostu kiepski dom. Szkoda, że nie dał rady się podnieść po tym wszystkim...

wtorek, 14 stycznia 2014

Kto zabrał mój ser?


Ostatnio okrywam potęgę psychologii. To zachwycające a zarazem przerażające, co może drzemać w zakamarkach naszych myśli. Często powtarzam, że "wszystko jest w głowie". Bo tak właśnie jest. Wszystko jest tam "zakodowane". Wiara, sukces, odwaga, wiedza, porażka, wady, strach... No właśnie - strach. To jeden z tych największych naszych przeciwników. I choć mam świadomość o czym teraz piszę, to nie zawsze o tym pamiętam. Albo nie chcę pamiętać (bywa i tak). Ostatnio to właśnie strach stał się moim największym przeciwnikiem. A zarazem wrogiem numer jeden. Bo to jego chcę pokonać. Nie jest łatwo, oj nie. Nie raz potrafi obezwładnić, nie raz sparaliżować. I nawet silni robią się słabi. Ale są osoby, które potrafią pomóc. Są przyjaciele, którzy potrafią doradzić. I właśnie jedna z moich przyjaciółek, podrzuciła mi pewną książkę, autorstwa Spencera Johnsona - "Kto zabrał mój ser?" Jest ona krótka ale treściwa. I o to właśnie chodzi. Kilka pytań zawartych w pewnej historii potrafią otworzyć oczy na pewne sprawy życia codziennego i dać wiele do myślenia. Wspaniałe w tej książce jest jej uniwersalność. Przesłanie w niej zawarte można zastosować zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym. Może nie jest to jakieś wielkie odkrycie ale ważne, że komuś zawsze może pomóc. Bo wystarczy zadać sobie pytanie: co byś zrobił gdybyś się nie bał? Samo to pytanie potrafi uruchomić jeśli nie naszą wyobraźnie to chociaż skłonić nas do małej refleksji nad swoim życiem...

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Wielka Brytania


Tak. Wybrałem Wielką Brytanię. To tu teraz mieszkam. A dziś mija 8 miesięcy jak tu jestem. 13 maja 2013 roku wysiadłem na dworcu w Bolton. Nie bez powodou wybrałem tą właśnie datę. Bardzo się cieszyłem, że zacznę "nowe życie" właśnie w ten dzień. 13 maja to rocznica zamachu na naszego Papieża Jana Pawła II. W 1981 r. na Placu Świętego Piotra w Watykanie otworzono do niego ogień. Jedna z kul mija na milimetry tętnice. Kolejne strzały nie padają, bo pistolet się zacina, co zdarza się raz na milion (!) razy. Brzmi nieprawdopodobnie, ale to fakty. 13 maja miało miejsce również pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie w roku 1917. To nie była przypadkowa data. Żołnierze nie raz mówią, że to Pan Bóg kule nosi. Tu nosiła je chyba Matka Boska. I właśnie z tymi wydarzeniami chciałem "połączyć", chociażby poprzez datę, moją nową przygodę. Otwarcie przyznaję, że jestem katolikiem. A będąc tu w Anglii zrobiłem się chyba bardziej religijny niż byłem. Papież wciąż jest dla mnie wielkim autorytetem. I miał coś ze mnie - kochał góry :) Wierzę, że nade mną też Ktoś czuwa. I cokolwiek by się nie wydarzyło, wiem, że tak ma być i koniec. Choć nie zawsze chce się z tym pogodzić (taka natura ludzka i moja też) ale z czasem akceptuje to.
Jakie było te 8 miesięcy? No na pewno udane. Choć wpadłem też w pułapkę, w którą wpada pewnie nie jedna osoba. Troszeczkę się zachłysnąłem tym krajem, a raczej tymi pieniędzmi - przyznaje. Ale dzięki temu spełniłem kilka swoich marzeń. I to całkiem dużych. Kupiłem wymarzony sprzęt wspinaczkowy, trochę pozwiedzałem krajów i miast, m.in. Hiszpanię i Danię, i pojechałem na niezły świąteczny urlop. Podciągnąłem na pewno też angielski i to nawet sporo. Poznałem też kilka fajnych osób. Praca jest jaka jest. Chciałoby się lepszą ale póki co są ciut ważniejsze sprawy. A co do przyszłości? No cóż. Początkowo był plan żeby zarobić trochę kasy i za kilka lat wrócić. Ale teraz Anglie traktuję jako przystanek, powiedzmy przesiadkowy. Myślę, że jeszcze kilka miesięcy tu pogoszczę. Choć ze mną nigdy nic nie wiadomo ;) A potem spróbuję swoich sił w państwie, w którym chciałbym już żyć "docelowo" :) Ale co przyniesie przyszłość zobaczymy "jutro".

niedziela, 12 stycznia 2014

Autosport International Show 2014


To impreza, która odbywa się na terenie Międzynarodowych Hal Wystawienniczych w Birmingham (NEC), i która przyciąga całą masę ludzi, głównie entuzjastów sportów morotowych. Zawsze chciałem być na tej imprezie. Kiedyś nawet planowałem przylecieć specjalnie na tą wystawę z Polski. Na reszcie miałem okazję zobaczyć całe mnóstwo samochodów marzeń. Tak dokładnie! Bo wątpie, czy którymkolwiek z tych samochodów będę jeździł. No może Audo S5 byłoby z zasięgu ;) Generalnie "szoł" było super! :) Rozczarował tylko brak jakiś większych gwiazd oraz bolidy były jakieś takie mało realistyczne (wyglądały jak atrapy), choć Red Bull prezentował się bardzo ładnie. A mam na myśli obecnych kierowców Formuły 1. Tylko Adrian Sutil przybył na tą imprezę ale pokazał się na niej w niedziele a ja byłem w sobotę. Ale miło było zobaczyć Johna Surteesa (ohn Surtees - wielokrotny mistrz świata MotoGP i mistrz świata Formuły 1 z 1964 r.) czy Toma Kristensena (6-krotnego zwycięzcy wyścigu Le Mans 24) i Allan McNisha - (3- krotnego zwycięzce Le Mans 24 i Formuły 1). Prócz nich przewijały się oczywiście również piękne hostessy :)
Cieszę się, że spełniło się kolejne moje małe marzenie :)

czwartek, 9 stycznia 2014

W labiryncie


Zawsze fascynowały mnie labirynty. Jako mały chłopiec lubiłem szukać właściwej drogi na wydrukowanych labiryntach w różnych książeczka dla mnie wtedy kupowanych. Świetna zabawa. Obecnie podziwiam architektów krajobrazu, którzy potrafią zaprojektować labirynt ogrodowy. Niektóre pałace czy wille mają w swych ogrodach takie cuda.
Jednak nigdy nie przypuszczałem, że w takim labiryncie mogę się zgubić. I niby z moją orientacją w terenie jest wszystko w porządku, to jednak gdzieś się zagubiłem. Ale podobno nie ma sytuacji bez wyjścia...? Nie spodziewałem się jednak, że pomoc przyjdzie z nieoczekiwanej strony. Psychologia to potężna rzecz. I bardzo przydatna... Naprawdę pomaga i sprawia, że można ruszyć z miejsca. Teraz powinienem trzymać już właściwy kurs i znaleźć wyjście z labiryntu myśli.

wtorek, 7 stycznia 2014

"Dobry" wybór


Dziś rano, między mną a moim kolegą z pracy, wywiązała się dość ciekawa dystkusja dotycząca wyborów. W wielu kwestiach się zgadzaliśmy, aczkolwiek nie mogliśmy dojść do porozumienia w kwestii definicji "wyboru". Dla niego wybór kojarzy się z dobrym wyborem. Ja nie do końca mogłem się z tym zgodzić. Ale definiowanie zostawmy filologom. Faktem jest, że co dzień dokonujemy wyborów. Od tak prozaicznych jak to co zjemy na śniadanie czy w co się ubierzemy, przez na co wydamy ciężko zarobione pieniądze, po ciężkie życiowe decyzje.
W swoim życiu podjąłem wiele decyzji. I wiele razy wybrałem źle. Ale na tym przecież polega życie. Nigdy do końca nie wie się czy dany wybór jest dobry. No dobra, mam na myśli te ważniejsze wybory. Ostatni mój ważniejszy wybór dotyczył miejsca, w którym obecnie żyję. Czy był to dobry wybór? Czy może po prostu wybrałem mniejsze zło, jak zasugerował mój kolega? Myślę, że za wcześniej jeszcze na komentarz. Czas pokaże. Nie mniej jednak uważam, że idę naprzód. Mozolnie, powoli, ale do przodu.
Dużo gorzej jest gdy źle wybierze serce... Zwłaszcza, gdy się człowiek nieszczęśliwie zakocha... Bo serce rzadko słucha rozumu. I ciężko nie raz podejmować rozsądne decyzje gdy serce jest pełne emocji i uczuć... Bardzo ciężko...