piątek, 14 marca 2014

Wyżej się już nie da ;)

sobota - 8 marca
Nie za bardzo było jak dostać się na Polane Białczańską, więc pojechaliśmy tam... taksówką! :) A co tam, jak się bawić to się bawić! ;) Pan kierowca był bardzo miły bo powiedział że zawiezie nas za 7 dyszek a nie tak jak jakaś sknera wczoraj, która zawołała stówe. Pogoda była genialna! :) Słońce nie dawno wstało, podobnie jak my :) A że niebo było bezchmurne, w końcu zobaczyliśmy góry! Widoczność była idealna! :)
Droga do schroniska była przysypana śniegiem, który fajnie skrzypiał pod butami :) Na początku drogi chyba byłaś trochę spięta ale po dotarciu do schroniska atmosfera się rozluźniła. Założyliśmy raki i ruszyliśmy przez zamarznięte Morskie Oko. Nie inaczej było z Czarnym Stawem. Dopiero gdy go minęliśmy zaczęła się prawdziwa wspinaczka. W między czasie wszystko za sprawą promieni słonecznych zaczęło parować i tworzyły się chmury, które chwilami przynosiły głupie myśli, że na szczycie znów będzie chmura. Ale ja wierzyłem do końca, że tak nie będzie. Szedłem z przodu  przecierając nieco szlak. Tempo mieliśmy bardzo dobre co budziło we mnie jeszcze większy podziw :) Świetnie sobie radziłaś w zimowych warunkach. Jesteś zuch dziewczyna! :) Mimo wszystko chciałem mieć Cię cały czas na oku. Postój na herbatkę zrobiliśmy na wysokości ok. 2100m n.p.m. w niedużej odległości od "wejścia" do rysy. Warunki śnieżne były bardzo dobre. Śnieg był zmrożony, dobrze związany i się trzymał mimo 2 stopnia. W rysie zaczęła się już prawdziwa wspinaczka. Ścieżka wydeptana przez pierwszych wspinaczy była już mocno zniszczona i musiałem ją torować niemsalże od nowa. To sprawiło, że moje stopy, a właściwie prawa, strasznie zmarzły. Kiedy ból przerodził się w brak czucia musieliśmy się zatrzymać a ja zabrałem się za rozgrzewanie stopy. Pierwszy raz mi się coś takiego stało. Ale fakt, buty są stare, skarpetki też nie są jakieś super, i stało jak się stało. Ale o odwrocie nie było mowy! Życke uratowała mi też dodatkowa skarpetka od Igi :) Dziękuję Ci bardzo Iguś! Gdy już o Tobie mowa to muszę Cię pochwalić bo świetnie sobie radziłaś z czekanem :) Jednak najtrudniejszy odcinek był dopiero przed nami. To odcinek z łańcuchami. To tam jest najwięcej wypadków i to tam najłatwiej o błąd i to ten odcinek najbardziej się martwiłem. Ale poprosiłem Cię o maksimum koncentracji i grzecznie posłuchałaś :) Po 4h wspinaczki, o 13:30, stanęliśmy na szczycie Rysów! Najwyższym punkcie Polski. Wyżej się już nie da. Iguś - wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! :) Nasz plan zakładał, że cieszymy się dopiero w schronisku, gdy bezpiecznie wrócimy.
Widoki zapierały dech w piersi! W końcu zobaczyłem piękną panoramę Tatr a nie białą chmure. To było niesamowite wrażenie. A jeszcze bardziej się cieszyłem, że dałaś radę. Zdobycie szczytu uczciliśmy kubeczkiem grzańca i kilkoma fotkami :) Schodzenie zaczęliśmy około 14:00. Żal było opuszczać tak piękny szczyt ale trzeba wrócić bezpiecznie do domu.
Pierwsze kroki podczas zejścia były stresujące ale szybko opanowałas technikę schodzenia. Każdy następny krok był pewniejszy. Nie było żadnego zjazdu na tyłku co nie umknęło mojej uwadze :) Po dwóch i pół godzinie zameldowaliśmy się w schronisku. Zrobiliśmy sobie przerwę na herbatkę, grzańca i szarlotkę :) Nie za bardzo mogliśmy się rozsiadywać bo przed nami było jeszcze 9 km najnudniejszego odcinka do parkingu i trzeba było złapać busa do Zakopca. Jednego z nich, a właściwie jego tył, widzieliśmy będąc już na "ostatniej prostej". Jak się chwile potem okazało był to ostatni bus. Trzeba było coś szybko wykombinować. Gdy w głowie analizowały się poszczególne wyjścia z tej sytuacji ni z tego ni z owego pojechała taksówka, która przywiozła dwóch turystów. Normalnie koleś spadł nam z nieba! :) I tym sposobem szybko dostaliśmy się do Zakopca. Lecz to nie był koniec naszych przygód. Okazało się że zgubiłem klucz od łazinki :( Nie potrzebnie narobiłem rabanu przy tym ale byłem zły na siebie że zmęczona będziesz musiała czekać na prysznic. Chyba zostało coś jeszcze we mnie z poprzedniego związku. Wtedy miałbym już awanture. Po prostu było mi bardzo głupio, że dałem plamę. Na szczęście niedługo potem gaździna przyniosła zapasowy klucz i końcu był upragniony prysznic. Nie obudził ani nie dodał on nam sił za bardzo więc nie wybraliśmy się na obiecaną kolacje a miał to być baran a konkretnie szaszłyk barani. No trudno - może następnym razem. Kupiliśmy sobie za to jakieś przekąski w pobliskim Tesco i to była nasza kolacja.
Cudowne uczucie było gdy widziałem Twoją radość po tym dniu. Nie mogłem mieć lepszego podziękowania. Prócz tego byłem bardzo dumny z tego jak świetnie sobie poradziłaś. A przecież pierwszy raz używałaś raków i czekana. Jesteś po prostu niesamowita! :) Cieszę się, że razem zdobyliśmy twój pierwszy zimowy szczyt :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz